Punkt zwrotny białego bluesa (recenzja)

bgocd145Kolejna moja opowieść dotyczy jednej z moich ulubionych płyt bluesowych, a mianowicie krążka „Turning Point” Johna Mayalla. To pierwsza płyta, jaką kupiłem sobie na srebrnym dysku po nabyciu pierwszego używanego odtwarzacza płyt kompaktowych. To jedna z płyt, jakie zabrałbym na bezludną wyspę… Album został nagrany w 1969 roku i jest płytą koncertową. Zawartość muzyczna dużo różni się od poprzednich dokonań zespołów lidera zespołu. 

Od zawsze, z uporem maniaka, wszystkich katowałem tą płytą. Pierwotnie miałem ten koncert nagrany na kasecie magnetofonowej. Długie lata słuchałem go z kasety, więc gdy te dźwięki wybrzmiały dla mnie na kompakcie, wiedziałem, że już mnie nie opuszczą i zostaną ze mną na zawsze… Nawet ciężko mi wytłumaczyć ten fenomen… Czytaj dalej

Z cyklu „Płytoteka Ponurego Człeka” – King Crimson – „In The Court Of Crimson King”

2db251ab149fba4085c726d1d396867cc51cb207
źródło: www.rollingstone.com

Pisanie o muzyce jest trudne. Pisanie o muzyce rockowej to wyzwanie. Natomiast naskrobanie kilku zdań o płycie „In The Court Of Crimson King” wydaje się rzeczą nie tyle niemożliwą, co po prostu samobójstwem. W moim przypadku zmierzenie się z tą płytą na gruncie muzyka – słowo wydobyte z klawiszy stawia mnie na przegranej pozycji i ukazuje moją słabość słowotwórczą. Stąd też weźcie łaskawie w opiekę moje słowa i nie przeklnijcie mnie za obrazę tej płyty, za użycie zbyt prozaicznych i przyziemnych zwrotów języka polskiego, by zrelacjonować to wydarzenie, jakim jest to muzyczne dzieło, które od dekad stoi na czele nurtu zwanego art rockiem. Stoi na czele i nikt, i nic nie zapowiada, by mogłoby tą pozycję utracić.

Czytaj dalej

Sleeveface #002 i recenzja płyty „Dla Ciebie Śpiewa” Ireny Santor

i1Chcecie to macie. Pierwszy raz słucham Ireny Santor i muszę stwierdzić, że nie jest tak źle jak myślałem, że będzie. Całkiem niezłe numery, które pasują idealnie do jakiegoś polskiego filmu, albo nawet do zagranicznego jeśli pani Irena śpiewałaby w obcym , najlepiej angielskim języku.
Najlepsze wrażenie robią te numery- kompozycje, które są bardziej nostalgiczne, a nie rodem z zabaw tanecznych na Służewcu. Najlepsze wrażenie zrobiła na mnie pieśń „Sen Z Ulicy Hożej”. Naprawdę dobra kompozycja. Nie przepadam natomiast za utworami nazwijmy to w cygańskim stylu, trochę to obniża moją ocenę i sympatię do tej płyty, którą powoli zaczynałem przejawiać.

Czytaj dalej

Drugie życie okładki – Sleeveface #001 – Gayga & Din.

gayga sleeveface1Od zawsze muzyka była dla mnie bardzo ważna. Jednak zawsze też to, w co opakowana była muzyka, było równie ważne. Pochodzę z epoki piractwa kasetowego, w której to za niewielkie pieniądze można było nabyć całą muzykę świata.

W sumie to niewiele się zmieniło od tamtej pory, bo dzisiaj również, praktycznie za darmo, dostępna jest cała muzyka świata, za sprawą Internetu i dostępnych w nim różnego rodzaju aplikacji. Wcześniej kasety były opakowane w nędzne repliki oryginalnych albumów, mimo to wąchałem wkładki kaset, oglądałem je z każdej strony i czytałem od deski do deski zawarte w nich informacje.

Drugim ważnym dla mnie nośnikiem była, oczywiście, płyta kompaktowa. Srebrny dysk miał piękną poligrafię. Płyta zazwyczaj posiadała wielostronicową książeczkę ze zdjęciami, tekstami utworów, informacjami o technicznej stronie nagrań zawartych na płycie. Chociaż z czasem i kompakt na tyle spowszedniał, że wydawcy ograniczyli się do zwykłej prostej reprodukcji okładek, minimalizując zawartość książeczki. Zapamiętałem ten trend głównie z naklejek na pudełkach, których napisy brzmiały mniej więcej tak: zagraniczna płyta, polska cena. Do dzisiaj omijam szerokim łukiem te wydawnictwa i wam też radzę.

Czytaj dalej

Recenzja płyty „Burden Brought by Whispers” zespołu Obsidian Mantra

a4009381123_10

Pośród moich muzycznych podróży nie zabraknie także recenzji dotyczących wydawnictw z naszego lokalnego rynku. Taką płytą jest album „Burden Brought by Whispers” nagrany przez kwilecko-pniewsko-lwówecki zespół Obsidian Mantra. Oto, co spisałem po przesłuchaniu tego wydawnictwa.

Przeżyłem ogromną sentymentalną podróż w czasie słuchania tej płyty. Sentymentalną z tego względu, iż podobna muzyka jaka wypełnia płytę zespołu Obsidian Mantra towarzyszyła mi kilkanaście lat temu. Wtedy nie wyobrażałem sobie dnia bez growlu na wokalu czy też bez podwójnej stopy i rzężących gitar. Całe kieszonkowe wydawałem na kasety magnetofonowe, których okładki zdobiły raczej ponure krajobrazy lub rozpadające się zazwyczaj ludzkie ciała. Wszystko to było też dodatkowo opatrzone logiem, którego za żadne skarby nie szło rozszyfrować i dopatrzeć się jakiż do kolejny zespół wynurzył się z otchłani piekieł.

Czytaj dalej

Z cyklu „Płytoteka Ponurego Człeka” – Depeche Mode – „Songs Of Faith And Devotion”

SongsofFaithandDev_source_www.factmag.comNiniejszym tekstem rozpoczynam na blogowcy.pl cykl, który będzie się nazywał „Płytoteka Ponurego Człeka”. Będę tutaj opisywał i recenzował moje ukochane albumy płytowe, jak również te, których szczerze nienawidzę. Dziś, kiedy po raz pierwszy piszę dla was, pragnę wrócić do wyjątkowego dla mnie zespołu, czyli Depeche Mode.

Najbardziej rockowy zespół elektronicznego rocka i najbardziej elektroniczny zespół rockowy. Tak funkcjonuje w świadomości wielu ludzi (tych od muzyki). Nie da się ukryć, że większość płyt DM, mimo, iż zagrane na bezdusznych wydawałoby się klawiszach, syntezatorach czy innych elektronicznych ustrojstwach, mimo iż z definicji należeć powinny do sceny „elektrobitów”, to jednak jakiś pierwiastek rockowy stawia dokonania zespołu w pierwszej lidze światowego rocka. Kompozycje czterech kolesi, a potem ostatecznie trzech, mają w sobie taki potencjał rockowej werwy, że niektóre zespoły szczycące się swoją rockową proweniencją wyglądają przy nich jak rockowi przebierańcy.

Mówię oczywiście o twórczości zespołu, powiedzmy, od 1986 roku do dzisiaj. Przed tym rokiem zespół kształtował i docierał swój styl. Ale dzisiaj powiem o jednej z najważniejszych płyt w ich dorobku, płycie na pewno przełomowej, bo wprowadzającej zespół do kanonu rocka. Nie chcę tutaj raczyć was rysem historycznym dotyczącym mojego spotkania z Depeche Mode oraz samego zespołu, ale muszę tutaj wtrącić, iż DM jest pierwszą wielką miłością mojego muzycznego życia.

Czytaj dalej

Fortunes z nowym teledyskiem „Echoes”

f1I za to ich właśnie nienawidzę. Są młodzi, a nawet bardzo młodzi, zdolni. Do tego dobrze grają i wyglądają. Nie marnowali i nie marnują czasu. Pochodzą z mojego miasta. Ja w ich wieku grałem słabo, zresztą do dzisiaj tak gram, a tu idzie młodość, świeżość. Trafili jeszcze na mojego przyjaciela, który im to nagrał i skręcił im klip. Zazdroszczę, kibicuję i polecam jednocześnie. Słyszałem ich inne numery i chyba są jeszcze lepsze. No nie ma się czego wstydzić, gdyby taki klip puszczono gdzieś w telewizji i to nawet niekoniecznie tylko polskiej. Brawo!