O przyjemnym i smutnym pożegnaniu

Uwielbiam nieco przypadkowe kinowe odkrycia. Mimo, że na ostatnim poznańskim Transatlantyku obejrzałem tylko dwa filmy, to oba okazały się strzałami w dziesiątkę. Szkoda, że za rok na ten festiwal będzie trzeba wybrać się do Łodzi.

Ostrzegam, będzie kilka spoilerów.

45 lat

Zacznę może od filmu z gatunku poważnych. „45 lat” to bardzo skromna, kameralna historia. Kate (Charlotte Rampling) i Geoff (Tom Courtenay) są zgodnym, kochającym się małżeństwem. Szanują się, rozmawiają i na pewno się ze sobą (i sobą nawzajem) nie nudzą. Na kilka dni przed jubileuszową imprezą, Goeff otrzymuje list ze Szwajcarii. Po niemal 50 latach w lodowcu odnaleziono ciało jego dawnej miłości, Katii (nieco drażniąca zbieżność imion). Dziewczyna zginęła podczas jednej z ich wspólnych górskich wypraw. W pierwszym odruchu Goeff chce jechać do Szwajcarii, by zidentyfikować (zobaczyć?) jej ciało.

Czytaj dalej

Furia i szaleństwo

madmax4

Pragniesz, drogi widzu, dwóch godzin ostrej kinowej jazdy? Oto ona! Szalony Max powrócił, a wszyscy niby – szybcy i niby – wściekli, zwariowani taksówkarze i inni denni bohaterowie całych galaktyk mogą się przy nim co najwyżej pobawić resorakami.

Uczciwie przyznam, że nie lubię filmowych „rozwałek”. Mam wrażenie, że większość producentów wypuszczających na rynek (przepraszam – do kin) swoje towary, tylko przez nich samych nazywane „dziełami”, wychodzi z założenia: „Mamy ekstra procesory w naszych nowych komputerach, mamy green-box, mamy 3D i przyzwoitych aktorów, którzy wcielą się w role kolejnych – coraz mniej znanych szerokiej widowni – (super)bohaterów, więc dopiszemy do tego coś, co w sumie tylko udaje scenariusz i mamy hit”. Patrz nowy… „Ant – Man”. Człowiek – mrówka?! Serio?! Jesteśmy aż tak głupi, żeby iść na to do kina i wydać pieniądze nie tylko na bilet, ale też na, kosztujący 20 zł, zestaw popcorn plus cola 0,7? Widać tak. Bo niestety zagranie sprawdza się zapewne w 9 na 10 przypadków. Kasa się zgadza i karuzela kręci się. Zdarzają się też chlubne wyjątki, dopieszczone pod wieloma względami, które niestety bardzo często wpadają w inną pułapkę – starają się wydobyć „głębię” z komiksowych bohaterów.

Czytaj dalej

Wiosenna przerwa uszami dyletanta

20150603_194148Wielkimi krokami zbliża się muzyczne lato. Pełne festiwali. Małych, dużych i przeogromnych. Ale, że kalendarzowo i astronomicznie nadal tkwimy w wiośnie, proponuję kilka słów o festiwalu z wiosną w nazwie.

Na początku się „usprawiedliwię”. Albo „przedstawię”? Jak kto woli. Żaden ze mnie znawca muzyki. Mam kilka ulubionych zespołów, których płyt lub utworów słucham w zależności od nastroju. Zdecydowana większość to przelotne muzyczne znajomości i fascynacje. Ciężko mnie przekonać do nowości. Do tzw. muzyki trudnej – jeszcze trudniej. Ale najtrudniej do współczesnych muzycznych trendów. Byłem na Openerze. Raz. I raczej nie mam ochoty tam wracać. Więcej tam poprzebieranych w piękne sukienki panien i równie modnych chłopców, niż rzeczywistych miłośników muzyki. A przepraszam! „słuchacze Trojki” tam przecież jeżdżą, a na świętości ręki się nie podnosi. Generalizuję i pewnie narażę się tą opinią przynajmniej kilkunastu osobom. Mimo wszystko chcę więc pozostać choć nieco uczciwy – Opener to jednak już marka. Gdyby nie ten festiwal, wiele z występujących tam zespołów grałoby w całej Europie tylko nie w naszym kraju. Bez Openera nie byłoby kolejnych tego rodzaju dużych imprez. Nie byłoby też tej poznańskiej – Spring Break Festival – która wyrasta na bardzo ciekawą propozycję na wiosenno – letniej muzycznej mapie Polski. Bo na mapie Wielkopolski taką pozycją już jest. W kwietniu 2015 odbyła się jej druga edycja.

Czytaj dalej