Lekcja historii?

IMG_1024

“To my decydujemy co, czym jest”  – słowa funkcjonariusza UB Jerzego Kędziory, skierowane do podpułkownika Łukasza “Pługa” Cieplińskiego – Żołnierza Wyklętego, członka m.in. ZWZ-AK i WiN, w pełni oddają losy polskiego podziemia, walczącego po wojnie, już po raz kolejny, o wolność dla Ojczyzny – tym razem z “przyjaciółmi” ze wschodu i podległymi im polskimi komunistami.

Słowa, o których wspominam, padły w czasie trzeciego już spektaklu Lwóweckiej Grupy Teatralnej, która swoistą lekcją historii od trzech lat upamiętnia, przypadający na 1 marca, Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Pierwszy ze spektakli poświęcony był Rotmistrzowi Witoldowi Pileckiemu, drugi sanitariuszce Danucie ”Ince” Siedzikównej, tegoroczny zaś – będący ukłonem w stronę historii regionu – podpułkownikowi Łukaszowi Cieplińskiemu, urodzonemu niedaleko Lwówka, w Kwilczu.

IMG_0594Przedstawione przez Grupę sceniczne epizody, stanowiły jednocześnie odsłony ostatnich przejść Niezłomnego – więzienie, bicie, karcer, przesłuchania, katowanie, zastraszanie i ubeckie próby nawiązania współpracy przez szantaż i nakłonienie do wydania kolegów, w zamian za obietnice o wstrzymaniu od represji. Dodatkowe sceny to obraz mieszkania Cieplińskich, w którym żona Podpułkownika, wraz z jego synkiem słucha wiadomości radiowych, na temat przesłuchania męża “zdrajcy narodu” oraz dyskusje dwóch emerytowanych pracowników UB.

Los “Pługa” był z góry znany. To, co uznał za swój obowiązek wobec Ojczyzny, podobnie jak wszystkich Żołnierzy Wyklętych, doprowadziło go do Herbertowej śmierci „na śmietniku”* – kuli w tył głowy, w ciemności przepastnych piwnic esbeckiego więzienia i porzucenie ciała do anonimowego grobu… Choć te ostatnie chwile nie zostały pokazane widzom, świadczy o nich długi list, pisany przez bohatera do żony przed straceniem.

Tyle, jeśli chodzi o treść spektaklu. Niewątpliwie dokładnie zaprezentował on losy kolejnego Wyklętego, jednak czy wykorzystał potencjał, jaki tkwi w tej prawdziwej opowieści? Pomysł na scenariusz, zaczerpnięty z niedalekiej polskiej historii, sam w sobie okazał się dość ciężki gatunkowo, niemniej czy na tyle ciężki, że Lwówecka Grupa Teatralna go nie udźwignęła? Zastanawiam się, co więcej otrzymali widzowie niż wiedzę z podręcznika historii bądź wyszukiwarki internetowej? Połóżmy na wadze plusy i minusy spektaklu, aby zobaczyć, która z jej szal przeważy… Zacznijmy od pozytywów.

Po pierwsze, twórcom: reżyserowi – Bognie Witosławskiej i adaptatorowi scenariusza  – Szymonowi Koniecznemu należy się ogromne uznanie za to, że po raz kolejny podjęli się przypomnienia o historii Żołnierza Niezłomnego, tym razem związanego z Małą Ojczyzną, a przez to bliższego widzom. IMG_0591

Drugim plusem inscenizacji było dobre przygotowanie ze strony aktorów, którzy w większości wypadli bardzo dobrze, szczególnie w poruszających momentach, autentycznie zagranych, brutalnych scen bicia więźnia i jego monologów. Tym razem (podobnie jak Adam Paschke, grający 2015 roku Pileckiego), to Jarosław Nawrot wzniósł się na poziom prawie profesjonalnego aktorstwa, przebywając niemal przez cały spektakl na scenie, a więc również opanowując sporą ilość tekstu i umiejętnie oddając – drżeniem ciała, jąkaniem, chwianiem się itp., coraz większe umęczenie “Pługa” wielodniowym katowaniem i ciągłym pozbawianiem snu. IMG_0668Oboje z Szymonem Paschke kilkukrotnie symulującym okładanie więźnia pałką i kopniakami sprawili, że sceny z ich udziałem nabierały niebezpiecznej realności i budziły obawę (sądząc po minach widzów, nie tylko moją) czy aktorzy na pewno nie zrobią sobie krzywdy. IMG_0878Krzysztof Waśko i Paweł Kasprowicz z kolei, dobrze oddali cynizm, z jakim dziś mogli dyskutować o swojej przeszłości, jako byli ubecy. Poprawnie, choć w niewielkich rolach zagrali  – Klaudia Kaczmarek  (sekretarka), Agata Gulczyńska (żona), Miłosz Loba i Szymon Konieczny (więźniowie). Niestety kreacje oprawców  –  Jerzego Kędziory w wykonaniu Norberta Bryłki i płk. Józefa Różańskiego wykonaniu Adama Paschke, nie utrzymały poziomu, jaki zaprezentował odtwórca Cieplińskiego. Owszem, może oficerowie UB zwykle nie brudzili sobie rąk krwią, lecz w tym wypadku postacie przesłuchujących nie budziły ani grozy ani wrażenia, że w ich rękach leży życie więźnia. Ich odtwórcy byli zbyt skupieni na długich monologach, które według scenariusza musieli wygłosić, by wykrzesać w sobie więcej brutalności. Trzeba jednak pamiętać, że to teatr amatorski. Trudno wejść na zawołanie w rolę złego, nie będąc złym..IMG_0599IMG_0694Trzecia mocna strona przedstawienia to scenografia. Podobnie jak podczas pierwszego spektaklu, użyto świetnie skonstruowanych, ruchomych elementów –  ścian sali przesłuchań, krat więziennych, karceru i mieszkania Cieplińskich oraz symbolicznych przedmiotów “z epoki”. Wszystko to, dało się szybko dekonstruować bądź wnosić i wynosić. Niekonwencjonalnym pomysłem nadania autentyczności scenom bicia było, wzrastające w miarę przesłuchania, “krwawienie” więźnia. W jednej ze scen został przyciśnięty twarzą do biurka, na którym wcześniej umieszczono czerwony barwnik, co po podniesieniu głowy dało efekt broczenia krwią. Może brzmi to jak wykorzystywanie filmowych tricków, jednak widoczne było, że taki realizm robił wrażenie na widowni, bo współcześnie często nam się wydaje, że BOHATEROWIE krwawili ODWAGĄ i MĘSTWEM, a maki tylko w piosence “piły polską krew”…

Muzyka i światło także nadawały inscenizacji rysów nowoczesności i zbliżały ją do rozwiązań, jakie stosują obecnie teatry profesjonalne. Oświetlenie świetnie towarzIMG_0649yszyło “dzianiu się” i nadawało stosowny klimat i dramaturgię każdej ze scen. Choćby porażające światło niebieskie, padające na zmaltretowanego Niezłomnego, wygłaszającego w karcerze swój monolog.

Ostatnim z ciekawych środków teatralnych, jakie zastosowali twórcy, było wplecenie materiałów archiwalnych – czyli fragmentów audycji “WiNny Bohater”, których włączając stare radio, odsłuchuje Jadwiga Cieplińska – a wraz z nią publiczność.IMG_0899

Gdybym na tym skończyła, mielibyśmy obraz spektaklu prawie idealnego, z dobrym, ważnym i ciekawie pokazanym tematem historycznym. Ale niestety tak nie jest. By być sprawiedliwą, muszę przeanalizować zawartość drugiej szali i przyjrzeć się temu, co pociągnęło spektakl mocno w dół.

Po pierwsze  – CZAS. 90 minut! Co najmniej o 30 za dużo, żeby przeciętny widz mógł zaangażować się w przewidywalną fabułę. Zakończenie, w takiej czy innej formie, było wszystkim znane, a rozwiązania teatralne jednak zbyt tradycyjne, by utrzymać skupienie widza na tak długo. Z pierwszego, podstawowego zarzutu, wynika drugi – zbyt długie dialogi i monologi. Aby wpleść w sceny przesłuchań, jak najwięcej wiedzy o historii i samym życiorysie ppłk. Cieplińskiego, adaptator scenariusza przeładował wypowiedzi postaci danymi, które w rezultacie komplikowały tylko ich treść, zacierając jasność i odbierając, tak potrzebną przedstawieniu, dynamikę.

Po trzecie – niezwykle irytujące, tym bardziej, że zastosowane już w pierwszym spektaklu – było odczytywanie z offu kolejności epizodów – scena I, scena II, scena III…  oraz dołączanie do nich informacji o miejscu i czasie rozgrywania następnego, wzięte jakby wprost ze szkolnego teatrzyku. Wystarczyło przecież, że widz spojrzał na scenografię, by komentarz: „Mieszkanie Cieplińskich” nie był mu potrzebny i nie obrażał jego inteligencji. Przecież właśnie w wyżej wymienionych dialogach z przesłuchań, można było swobodnie umieścić informacje choćby o miejscu i roku.

Po czwarte – nieszczęsna długość spektaklu, a może to, że był grany powtórnie, spowodowała, że poza wyjątkami, które wymieniłam na początku, aktorzy wyglądali, jakby sami zaraz mieli zasnąć na scenie. Zabrakło tempa i emocji, które pamiętam ze “Śmierci Rotmistrza Pileckiego”. Dla mnie jest to dowód na wyczerpanie takiej formuły czczenia 1 marca. Lwówecka Grupa Teatralna, kolejnym przedstawieniem o Żołnierzu Wyklętym, niewątpliwie już nikogo nie zaskoczy.IMG_0961

Piąta i ostatnia kwestia – wymowa. W spektaklu tkwiło potencjalne ziarno, by pokonać nudę i oczywistość. Wymowa właśnie, którą można było ustrzec się czytelności. Zamiast chrzcić przedstawienie łacińskim tytułem Contra Spem Spero  – “Wierzę wbrew nadziei”, można byłoby, wykorzystując współczesne komentarze byłych ubeków, nadać sztuce mniej jednoznaczności, choćby przez rozbudowanie współczesnego kontekstu czy bardziej zagadkowy tytuł… Słowa ubeka, które mnie zatrzymały: “To my decydujemy co, czym jest”, mogły stać się wyraźniejszą trampoliną do historycznej interpretacji losów kolejnego Niezłomnego, w kontrze do słów tytułu. Tego jednak nie odnotowałam…

Może się wydawać, że spektakl ma niewiele grzechów – i słusznie. Po pierwsze, dobrze że zaistniał. Tu jeszcze raz ukłon stronę twórców… Jest poprawny, zarówno jeśli chodzi o pokazanie historii, sceniczne rozwiązania, grę aktorską i muzykę. Szkoda jednak, że tak doświadczona grupa, która miała okazję pokazać, choć amatorską, to jednak sztukę, tym razem utknęła z widzami na podwójnej lekcji historii, z której każdy chciał jak najszybciej wybiec – co prawda wzbogacony o pewną wiedzę, ale nie do końca przekonany czy nie szybciej byłoby zwyczajnie zajrzeć na Wikipedię. Ja spodziewałam się jednak czegoś więcej wychodząc z domu. A może nie? W zasadzie bowiem, gdy pomyślę o wieczorze 16. marca, w Miejsko-Gminnym Ośrodku Kultury w Lwówku, ciągle przychodzi mi do głowy cytat z klasyka :

niech nie opuszcza cię twoja siostra Pogarda 

dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają…*

I może to jest wymowa?

 

Spektakl powstał m.in. na bazie słuchowiska „WiNny Bohater” Janusza Andrzeja Zajdla z 2008 roku oraz komiksu „Contra Spem Spero” wyd. IPN

*Z. Herbert Przesłanie Pana Cogito

* tamże

fotografie: Monika Nowak

Sprzymierzeni z Hollywood, czyli co Ty k… wiesz o promowaniu filmu?

000652yapfwarxio-c322-f4W jedną z grudniowych niedziel zostałam zaproszona na wyjazd do Dużego Kina (przecież większość z nas je lubi :p) ), z popcornem (bo miałam ochotę), na Amerykański Film (bo chciałam), z gwiazdami Hollywood (u nich to coś znaczy), wyreżyserowany przez Roberta Zemeckisa (Forrest Gump, Powrót do przyszłości, Kto wrobił Królika Rogera).

Don Burger zrobił do niego idealne zdjęcia – „ona ładna i ładny on”, pustynia malownicza, Casablanka klimatyczna, a w Londynie w 1942 roku już mieli Underground! Alan Silvestri dobrze zilustrował muzyką – dźwięk jest dyskretny, podkreślający jedynie dramaturgię akcji, a czasem jej brak… Detale scenografii i wnętrz dopracowane do najmniejszego szczegółu – od efektownych strojów z epoki począwszy, przez wnętrza sal balowych i mieszkań, na notesie i długopisie skończywszy…  Zwieńczeniem atutów obrazu, który miałam okazję obejrzeć z przyjemnością (choć nie tylko –  o czym później) było jednak aktorstwo. Nie zawaham się napisać (mając świadomość, że piszę o produkcji Paramonut Pictures), że to aktorstwo przez wielkie „A”…

Czytaj dalej

Spod czapy…

www.stylowi.pl
www.stylowi.pl

Czy wiecie, że właśnie nastał koniec owczych harców, letniego wiatru w futrze i fikania kopytkami?

Co macie nie wiedzieć… Liść ściele się wokół, a wraz z nim spada też Owcoaktywność… Ale nie ma się co martwić – idą za to zimowe wieczory, kiedy w owczym futrze i czapie można się wtulić w fotel z książką, wpaść do kina, teatru, a potem podzielić się na naszym blogu swoimi  komentarzami, czyli myślami spod czapy, na temat kultury, natury, sztuki, albo pokazać swoją sztukę, fotografię, bądź poezję i co Wam przyjdzie do Owczych głów! Pamiętacie nasze Owcze Manifesto ?? Piszcie na www.facebook.com/blogowcy/ lub na e-maila podanego poniżej: Śmiało! Bee-eee!!!mail-blogowcy

Ameryka w Siedlcu

9378miniNa początku tego tekstu poczynię założenie, że czytający go, czyli de facto Ty, Czytelniku naszego Owcowego Bloga, zaglądasz tutaj spragniony wiedzy o, wartych uwagi, przejawach kultury w Twoim mieście i regionie. Stąd też pozwolę sobie poddać Cię małemu testowi. Mianowicie – z czym kojarzy Ci się miejscowość Siedlec, położona od Nowego Tomyśla około 30 kilometrów? Jeśli z festynem o wdzięcznej nazwie “Święto Świni”, to prawidłowe skojarzenie… Jeżeli jednak to jedyne skojarzenie, jakie rodzi się Twojej głowie, znaczy, że popełniłeś grzech zaniechania poszukując  – niech padnie tutaj znienawidzone przeze mnie stwierdzenie – “na mapie kulturalnej” naszych okolic, miejsc, w których warto bywać. No, może ewentualnie mamy tutaj do czynienia z sytuacją, że to do Ciebie nie dotarto z informacją o fenomenie wioski, w której (Nie, nie pojawiły się tu tajemnicze piktogramy na polach!) od przeszło dekady, młodzi ludzie o wspólnym spojrzeniu na sztukę i podobnej wrażliwości, tworzą jeden z najciekawszych teatrów – z braku innego słowa, powiem  – “awangardowych” w okolicy, a od 4 lat organizują kilkudniowy festiwal sztuki w Siedlcu.

Okazja się zawsze…

Niedawno zakończył się czwarty już graFestiwal w Gminnym Ośrodku Kultury w Siedlcu, którego finał stanowiło premierowe przedstawienie  (działającego też przy nim) Teatru Paragraf – 2, co uznałam za dobry moment, by wklikać tutaj kilka zdań na temat owej premiery i wspomnianej wyżej grupy teatralnej. Czytaj dalej

Wizyta u Księcia Edwarda

fot.  B. Milewski
fot. B.Milewski (kierunekavonlea.blogspot.com)

Zwabiona letnim klimatem, przypominającym beztroskę dzieciństwa, sięgnęłam po raz kolejny po ukochaną lekturę z czasów, w których rzeczywistość była nieskomplikowana, a życie zdawało się nieść ciągle więcej obietnic niż obaw. Książkę, która powstawszy przeszło sto lat temu, przedstawia świat może i naiwnie czarno – biały, ale szlachetny w swej prostocie, bo ceniący prawdę, wielkoduszność, bezinteresowność i przyzwoitość. Jej czytanie zawsze mnie bawi, wzrusza i pokrzepia. Tym razem jednak nie tylko pozwoliło mi uczestniczyć w perypetiach rudowłosej roztrzepanej i gadatliwej, a zarazem inteligentnej, obdarzonej siłą, poczuciem humoru i odwagą Marzycielki. Dzięki ponownej lekturze Ani z Zielonego Wzgórza – bo o niej mowa, poznałam pewną Wyjątkową Miłośniczkę tej powieści oraz odkryłam, że zgłębianie realiów życia Lucy Maud Montgomery i wykreowanego przez nią literackiego świata Ani Shirley może stać się życiową pasją, a Wyspa Księcia Edwarda – miejsce pochodzenia pisarki i akcji jej nieśmiertelnego dzieła – stanowić dla kogoś nie tylko wymarzony cel podróży, ale drugi dom… Czytaj dalej

„Dwie linijki w encyklopedii”

Zanim jeszcze Mateusz Kościukiewicz osiągnął coś, co określić można za pomocą słów kluczy (cokolwiek one znaczą): “sukcesem” i “sławą” miałam okazję – wyjątkowo – dwukrotnie odbyć z nim rozmowy do lokalnego kwartalnika Przegląd Nowotomyski. Młodość, wielkie marzenia – czasem nierealne, ideały i chęć postawienia wszystkiego na jedną kartę, by spełnić plan o aktorstwie. Te treści przebijały z mojej rozmowy z Mateuszem – maturzystą. Z właściwym dla tego etapu życia przekonaniem, że się zawojuje świat, powiedział wtedy:

Zawsze chciałem zasłużyć na dwie linijki w encyklopedii, choć teraz już nie do końca o to mi chodzi. Dobrze byłoby, gdyby coś wyniknęło z mojego życia, żeby ktoś za sto lat powiedział: „Kurcze, jaki on był, co zrobił!”

Czytaj dalej

Manifest pokoleniowy (nie)potrzebny od zaraz

o książce „Piromani”, nowotomyślanki Emilii Teofili Nowak

377131-352x500

Mimowolnie i podświadomie tworzę etykietki i porównania. Ułatwiają mi życie, pozwalając przyszpilić nieznaną mozaikę znaczeń, do starej kanwy definicji i otrzymać w ten sposób zrozumiały wzór rzeczywistości… Dowiaduję się, że młoda pisarka pochodząca z Nowego Tomyśla napisała powieść “by zwrócić uwagę społeczeństwa na problem depresji wśród młodzieży” i już kręcą się moje tryby – kto pisał o czymś podobnym? Ciekawe czy to będzie Czerski czy Żulczyk w spódnicy? Albo, nie daj Boże, Gołębiewski (nazywany – he he – polskim Bukowskim). To pewnie będzie jakiś pokoleniowy manifest, wydumany i na dodatek (kiepsko) napisany, z tą podskórną histerią: Ja! Ja! Patrz ma mnie! Tonę w tym okrutnym, złym świecie! Faktycznie nie mają problemów, w dupie się przewraca studencikom… Żartowałam. Tak naprawdę myślę, że książka może być niezła i idę posłuchać “naszej” pisarki…

Taka sytuacja…

Jakieś takie głupie te ksywy, wydumane – myślę sobie, słuchając fragmentu książki prezentowanego przez samą autorkę, Emilię Teofilę Nowak.

Czytaj dalej

Czego nie potrafię powiedzieć, mogę ulepić…

IMG_5195Przechodnie chcący udać się na skróty z Deptaka na ul. Asnyka (na przykład po pyszne ciasto do pewnej cukierni), od kilku miesięcy mijają nową witrynę –  ni to sklepową, ni to galeryjną, w której kierunku ciekawie zapuszczają tzw. żurawia, nie wiedząc dokładnie z czym mają do czynienia. Inni, a może ci sami obserwatorzy nowotomyskiego życia społecznego, na fejsbukowej grupie Nowy Tomyśl i okolice, w lutym mogli znaleźć zaproszenie na Ferie z gliną w Pracowni psychoterapii i ceramiki “Argilla” 

I to właśnie ona znalazła swoje miejsce w przytulnym i dyskretnym otoczeniu podwórka, przy dawnej ulicy Złotej.

Dlaczego psychoterapia i ceramika w jednym? Ja zapuściłam wspomnianego “żurawia” głębiej, najpierw w lutym, by zrobić swoją pierwszą glinianą pracę, a później z aparatem fotograficznym i dyktafonem, by zadać to pytanie Twórczyni pierwszej i jedynej takiej pracowni w Nowym Tomyślu.

Nie fotografuj z przodu, bo to jeszcze nie jest skończone, ale już niedługo będzie szyld ze stroną internetową pracowni i numerem telefonu, żeby można było zadzwonić i się umówić – mówi żywiołowa, rudowłosa i zielonooka Anna Onyśków (naprawdę Anna, jedynie nazwisko nie zaczyna się na “S”!), gdy obskakuję z aparatem całe wnętrze, wystawiając z półek prace zarówno Ani, jak i uczestników ostatnich warsztatów, żeby uwiecznić je na fotkach.

Czytaj dalej