Z perspektywy dwóch kółek: Gadu Gadu i na zlot

unnamedRaczej nie jestem gadułą, czasem tylko, jak trafię na temat lub jestem pod wrażeniem niedawnego wydarzenia, to powiem parę zdań, no chyba, że dalsza rozmowna doda mi tematów i chęci do autoekspozycji. W związku z tym, na co dzień, nie brakuje mi zbytnio rozmów z ludźmi. Jednak okazuje się że podświadomie takiego kontaktu potrzebuję. Do takiego wniosku doszedłem jadąc na rowerze, sam, daleko, nawet bardzo daleko…  

Jadąc samotnie nad morze, po jakichś ponad stu kilometrach stwierdziłem, że jest mi dziwnie za cicho, że nie wystarczają mi szumy przejeżdżających samochodów czy poszczekiwania goniących mnie psów, rasy bardzo wielokrotnie mieszanej. Włożyłem więc w uszy słuchawki empetrójki, czego raczej nie robię ze względu bezpieczeństwa, dla niewtajemniczonych –  po to, żeby słyszeć nadjeżdżającego z tyłu ukraińskiego TIR-a.  Wracając do tematu, wkładam słuchawki, wciskam guziczek z trójkącikiem i jest lepiej, znajomy głos, znana muzyka, uczucie znane, ale teraz bliższe sercu i bardziej docenione. Jedziemy więc teraz zespołowo i jest miło. Po jakimś czasie trzeba wejść do sklepu, nieważne po co – po napój, batonika czy też krem przeciwsłoneczny, żeby papugi nie spaliło.

Czytaj dalej

Cyrk na kółkach (a właściwie teatr)

Z perspektywy dwóch kółek

DSC_0010Zamykając oczy przypominam sobie swój pierwszy rower, Reksio, żółty z którego, po zdemontowaniu rurki, robiło się wersję dziewczęcą. To na nim uczyłem się jeździć, najpierw na czterech kółkach, po kilku upadkach już na dwóch. Niestety nie pamiętam ówczesnej przyjemności płynącej z pedałowania, choć niewątpliwie była. Potem miałem damką Hanię, składak Uniwersal otrzymany na I Komunię Świętą na którym od razu się wywróciłem, na szczęście bez uszkodzeń i inne rowerowe wynalazki. Później rower lekko zaniedbywałem, a gdy już miałem prawo jazdy na samochód,  to jazda rowerem była dla mnie prawie karą. Szczególnie gdy musiałem gdzieś jechać, a rodzice nie chcieli mi powierzyć kupionego szeregiem wyrzeczeń malucha.

Po wielu latach tak się trafiło, że pracowałem z Leszkiem, zapalonym cyklistą, wręcz maniakiem rowerowym. Przez długi czas traktowaliśmy Leszka jak dziwaka, który jeździ po kraju rowerem, a przecież można normalnie, po ludzku samochodem czy pociągiem. Niektórzy pozostali w tym przekonaniu. Na szczęście ja i kilka osób zaraziło się od Leszka cyklozą. Ta straszna choroba spowodowała, że zacząłem jeździć coraz więcej, coraz dalej. Stało się tak, jak powiedział ktoś mądry, że „droga stała się celem”.

Czytaj dalej