SPOTKANIE Z NIEPRZYSIADALNYM. O Marcinie Świetlickim

IMG_9697Znacie powiedzenie: Uważaj, o czym marzysz, bo może się spełnić? Na pewno. Dla mnie ucieleśnieniem tej sentencji było spotkanie z Marcinem Świetlickim, które odbyło się 10. marca w Opalenicy. Poprowadzenie rozmowy z autorem „Zimnych krajów” chodziło po mej głowie od momentu, kiedy rozpocząłem pracę w bibliotece, czyli od dobrej dekady. Z drugiej zaś strony, co tu dużo mówić, okazało się ono jednym z najtrudniejszych, o ile nie najtrudniejszym wyzwaniem w moim życiu zawodowym. Wiadomo, że ostatnią osobą, która powinna prowadzić rozmowę z gościem, jest jego oddany fan, a nie ukrywam, że jestem fanem twórczości pana Marcina. Może to dziwne, lecz czasami właśnie zbyt obszerna wiedza, okazuje się najniebezpieczniejszym elementem podczas omawiania danego zagadnienia.

Od czego zacząć? Oczywiście od rzetelnego przygotowania. Lecz jak to uczynić, skoro przygotowanie dotyczy jednego z najważniejszych bohaterów prywatnej mitologii kulturalnej? To właśnie Bursa, Wojaczek, Stachura, a potem Świetlicki wprowadzili mnie w elitarny świat twórczości poetyckiej i właśnie przez pryzmat ich wrażliwości przyszło mi później odkrywać Mickiewicza, Barańczaka, Herberta… Proszę mi wierzyć: trudno odnaleźć niezbędny dystans wobec twórczości oraz samego twórcy, jeśli ów twórca w jakiś sposób cię ukształtował, jakoś ukierunkował twoje zainteresowania i ostatecznie stał się bardzo istotnym elementem twego świata.

Jednak kości zostały rzucone, spotkanie dograne; nie pozostało zatem nic innego, jak na nowo odpowiedzieć sobie, kim jest Marcin Świetlicki. Pomińmy banały: nie ma sensu wspominać, że Świetlicki jest bodajże najwybitniejszym przedstawicielem pokolenia bruLionu, że od dobrych 15. lat posiada status najbardziej rozpoznawalnego współczesnego polskiego poety (choć i tak zastanawiająco niewiele osób zdaje sobie sprawę z jego istnienia), że debiutancki koncert Świetlików był grany, między innymi, dla Czesława Miłosza i Wisławy Szymborskiej, i że sam zainteresowany szczerze nienawidzi, gdy się cytuje przy nim jego teksty, szczególnie ten o „nastroju nieprzysiadalnym” (wiem, tytuł niniejszego tekstu to najczystsza złośliwość z mojej strony).

Kwintesencja twórczości Świetlickiego tkwi w paradoksach, przylegających do niej niemal z każdej strony. Bo jakże inaczej, jeśli nie paradoksem, nazwać fakt, że właśnie twórca tak skrajnie introwertycznej twórczości okazał się tym, który potrafi nawiązać najbardziej bezpośredni i otwarty kontakt z czytelnikami? Jak inaczej nazwać (skrajnie subiektywną) obserwację, że facet, który wygospodarował dla siebie znaczące miejsce zarówno w świecie literatury z najwyższej półki, jak i w przestrzeni polskiej popkultury, na dobrą sprawę sprawia wrażenie nienależącego ani do jednego, ani do drugiego porządku. Dodatkowo Świetlickiemu udała się rzecz bardzo trudna: choć cała jego twórczość wypływa bezpośrednio z doświadczeń polskiego romantyzmu, z egzystencjalizmu Różewicza, precyzyjnej analizy języka potocznego Barańczaka, metafizycznej otoczki godnej samego Miłosza, sam nigdy nie wykazywał chęci, by stać się nowym Mickiewiczem, Różewiczem, Barańczakiem. Nie z powodu braku talentu, nie, lecz (to tylko moje bezczelne przypuszczenia) z niemal organicznego przeświadczenia, że miejsce Świetlickiego jest – może nie w opozycji do Mickiewicza, Różewicza, Barańczaka – lecz zdecydowanie obok. Że tylko i wyłącznie wtedy Świetlicki wybrzmi jako Świetlicki. Że przeznaczeniem tej poezji jest istnienie dla siebie samej, bycie przez siebie samą interpretowaną oraz jawiącą się jako zjawisko całkowicie (w miarę możliwości, rzecz jasna) osobne. Oczywiście, u Świetlickiego znajdziemy liczne intertekstualia, lecz nie ograniczają się one tylko i wyłącznie do tradycji polskiej poezji (zresztą doskonale znanej poecie), sięgają natomiast od Kochanowskiego, aż po… Humphreya Bogarta i Davida Lyncha. A rozciągają się one tak szeroko, gdyż niemożliwym jest tworzyć wartościowe rzeczy, w całkowitym oderwaniu od historii i tradycji. Skoro zaś nie można, najlepiej na dzień dobry nazwać pewne sprawy po imieniu i… robić swoje.

W tym zaś Świetlicki jest najprawdziwszym mistrzem: od 25. lat konsekwentnie, niemal programowo, manifestuje bycie właśnie Świetlickim. Nie takim Świetlickim, którego pan lub pani chcieliby widzieć, lecz właśnie takim, jaki jest Świetlickiemu najbardziej potrzebny. Ostatecznie, jeśli dalej chcielibyśmy wskazywać wysilone analogie, pomiędzy autorem „Pieśni profana”, a jego wybitnymi poprzednikami, najprawdopodobniej najbliżej byłoby Świetlickiemu do… Zbigniewa Herberta, choć zapewne obydwoje by się mocno zdziwili tym porównaniem. Jednak dla każdego z nich zawsze istniały pewne wartości, które należy pielęgnować niezależnie od ustroju, mody, tej czy innej propagandy lub wreszcie nieustannej pokusy konformizmu. Lecz o ile dla Herberta pielęgnowanie tych idei wiązało się ściśle z obowiązku, wynikającego z bycia istotą rozumną, o tyle u Świetlickiego stanowi ono fundament szacunku do samego siebie. Innymi słowy: jeśli chcemy bez zażenowania lub nawet wstrętu, patrzeć rano w lustro, pewnych rzeczy po prostu nie powinniśmy robić. I tyle. Choćbyśmy mieli zostać skazani na wieczną banicję, niezrozumienie, wytykanie palcami, istnieją sprawy nie do zanegowania, i dla własnego dobra powinniśmy o tym pamiętać.

Nie da się, rzecz jasna, nie zauważyć radykalnej różnicy stylistycznej w manifestowaniu tych postaw. U Herberta pielęgnowanie podstawowych wartości wygląda tak:

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy,

u Świetlickiego zaś zupełnie inaczej:

Napotkany rok po wojsku były kapral zaprosił mnie na wódkę.

Powiedziałem nienie obywatelu kapralu,

dla mnie obywatel kapral pozostanie na zawsze obywatelem kapralem,

z kapralami nie piję…

Chyba nie muszę więcej pisać, by przekonać Was, że spotkanie z Marcinem Świetlickim było jednym z ważniejszych, trudniejszych i wartościowszych wydarzeń w moim życiu. Nieczęsto można spotkać człowieka, który tak szczerze, odważnie i konsekwentnie porusza się zawsze obok głównego nurtu. Czasem może sprawiać to wrażenie błazenady, czasem nieuleczalnego syndromu Piotrusia Pana, lecz wierzę, że jest to po prostu odważna i jednocześnie do najdrobniejszego szczegółu przemyślana strategia twórcza. Strategia, którą Marcin Świetlicki już od trzech dekad wygrywa każde poważniejsze starcie. Co jakiś czas odzywa się głos oburzenia, że ignorancja twórcy „Odcisków” jest wręcz nieznośna, często też padają frazy, że „Świetlicki się skończył na czarnym albumie”… A pan Marcin wzrusza tylko ramionami, zapala papierosa i robi swoje. Tak.

foto: Marta Hojan

Lekcja historii?

IMG_1024

“To my decydujemy co, czym jest”  – słowa funkcjonariusza UB Jerzego Kędziory, skierowane do podpułkownika Łukasza “Pługa” Cieplińskiego – Żołnierza Wyklętego, członka m.in. ZWZ-AK i WiN, w pełni oddają losy polskiego podziemia, walczącego po wojnie, już po raz kolejny, o wolność dla Ojczyzny – tym razem z “przyjaciółmi” ze wschodu i podległymi im polskimi komunistami.

Słowa, o których wspominam, padły w czasie trzeciego już spektaklu Lwóweckiej Grupy Teatralnej, która swoistą lekcją historii od trzech lat upamiętnia, przypadający na 1 marca, Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Pierwszy ze spektakli poświęcony był Rotmistrzowi Witoldowi Pileckiemu, drugi sanitariuszce Danucie ”Ince” Siedzikównej, tegoroczny zaś – będący ukłonem w stronę historii regionu – podpułkownikowi Łukaszowi Cieplińskiemu, urodzonemu niedaleko Lwówka, w Kwilczu.

IMG_0594Przedstawione przez Grupę sceniczne epizody, stanowiły jednocześnie odsłony ostatnich przejść Niezłomnego – więzienie, bicie, karcer, przesłuchania, katowanie, zastraszanie i ubeckie próby nawiązania współpracy przez szantaż i nakłonienie do wydania kolegów, w zamian za obietnice o wstrzymaniu od represji. Dodatkowe sceny to obraz mieszkania Cieplińskich, w którym żona Podpułkownika, wraz z jego synkiem słucha wiadomości radiowych, na temat przesłuchania męża “zdrajcy narodu” oraz dyskusje dwóch emerytowanych pracowników UB.

Los “Pługa” był z góry znany. To, co uznał za swój obowiązek wobec Ojczyzny, podobnie jak wszystkich Żołnierzy Wyklętych, doprowadziło go do Herbertowej śmierci „na śmietniku”* – kuli w tył głowy, w ciemności przepastnych piwnic esbeckiego więzienia i porzucenie ciała do anonimowego grobu… Choć te ostatnie chwile nie zostały pokazane widzom, świadczy o nich długi list, pisany przez bohatera do żony przed straceniem.

Tyle, jeśli chodzi o treść spektaklu. Niewątpliwie dokładnie zaprezentował on losy kolejnego Wyklętego, jednak czy wykorzystał potencjał, jaki tkwi w tej prawdziwej opowieści? Pomysł na scenariusz, zaczerpnięty z niedalekiej polskiej historii, sam w sobie okazał się dość ciężki gatunkowo, niemniej czy na tyle ciężki, że Lwówecka Grupa Teatralna go nie udźwignęła? Zastanawiam się, co więcej otrzymali widzowie niż wiedzę z podręcznika historii bądź wyszukiwarki internetowej? Połóżmy na wadze plusy i minusy spektaklu, aby zobaczyć, która z jej szal przeważy… Zacznijmy od pozytywów.

Po pierwsze, twórcom: reżyserowi – Bognie Witosławskiej i adaptatorowi scenariusza  – Szymonowi Koniecznemu należy się ogromne uznanie za to, że po raz kolejny podjęli się przypomnienia o historii Żołnierza Niezłomnego, tym razem związanego z Małą Ojczyzną, a przez to bliższego widzom. IMG_0591

Drugim plusem inscenizacji było dobre przygotowanie ze strony aktorów, którzy w większości wypadli bardzo dobrze, szczególnie w poruszających momentach, autentycznie zagranych, brutalnych scen bicia więźnia i jego monologów. Tym razem (podobnie jak Adam Paschke, grający 2015 roku Pileckiego), to Jarosław Nawrot wzniósł się na poziom prawie profesjonalnego aktorstwa, przebywając niemal przez cały spektakl na scenie, a więc również opanowując sporą ilość tekstu i umiejętnie oddając – drżeniem ciała, jąkaniem, chwianiem się itp., coraz większe umęczenie “Pługa” wielodniowym katowaniem i ciągłym pozbawianiem snu. IMG_0668Oboje z Szymonem Paschke kilkukrotnie symulującym okładanie więźnia pałką i kopniakami sprawili, że sceny z ich udziałem nabierały niebezpiecznej realności i budziły obawę (sądząc po minach widzów, nie tylko moją) czy aktorzy na pewno nie zrobią sobie krzywdy. IMG_0878Krzysztof Waśko i Paweł Kasprowicz z kolei, dobrze oddali cynizm, z jakim dziś mogli dyskutować o swojej przeszłości, jako byli ubecy. Poprawnie, choć w niewielkich rolach zagrali  – Klaudia Kaczmarek  (sekretarka), Agata Gulczyńska (żona), Miłosz Loba i Szymon Konieczny (więźniowie). Niestety kreacje oprawców  –  Jerzego Kędziory w wykonaniu Norberta Bryłki i płk. Józefa Różańskiego wykonaniu Adama Paschke, nie utrzymały poziomu, jaki zaprezentował odtwórca Cieplińskiego. Owszem, może oficerowie UB zwykle nie brudzili sobie rąk krwią, lecz w tym wypadku postacie przesłuchujących nie budziły ani grozy ani wrażenia, że w ich rękach leży życie więźnia. Ich odtwórcy byli zbyt skupieni na długich monologach, które według scenariusza musieli wygłosić, by wykrzesać w sobie więcej brutalności. Trzeba jednak pamiętać, że to teatr amatorski. Trudno wejść na zawołanie w rolę złego, nie będąc złym..IMG_0599IMG_0694Trzecia mocna strona przedstawienia to scenografia. Podobnie jak podczas pierwszego spektaklu, użyto świetnie skonstruowanych, ruchomych elementów –  ścian sali przesłuchań, krat więziennych, karceru i mieszkania Cieplińskich oraz symbolicznych przedmiotów “z epoki”. Wszystko to, dało się szybko dekonstruować bądź wnosić i wynosić. Niekonwencjonalnym pomysłem nadania autentyczności scenom bicia było, wzrastające w miarę przesłuchania, “krwawienie” więźnia. W jednej ze scen został przyciśnięty twarzą do biurka, na którym wcześniej umieszczono czerwony barwnik, co po podniesieniu głowy dało efekt broczenia krwią. Może brzmi to jak wykorzystywanie filmowych tricków, jednak widoczne było, że taki realizm robił wrażenie na widowni, bo współcześnie często nam się wydaje, że BOHATEROWIE krwawili ODWAGĄ i MĘSTWEM, a maki tylko w piosence “piły polską krew”…

Muzyka i światło także nadawały inscenizacji rysów nowoczesności i zbliżały ją do rozwiązań, jakie stosują obecnie teatry profesjonalne. Oświetlenie świetnie towarzIMG_0649yszyło “dzianiu się” i nadawało stosowny klimat i dramaturgię każdej ze scen. Choćby porażające światło niebieskie, padające na zmaltretowanego Niezłomnego, wygłaszającego w karcerze swój monolog.

Ostatnim z ciekawych środków teatralnych, jakie zastosowali twórcy, było wplecenie materiałów archiwalnych – czyli fragmentów audycji “WiNny Bohater”, których włączając stare radio, odsłuchuje Jadwiga Cieplińska – a wraz z nią publiczność.IMG_0899

Gdybym na tym skończyła, mielibyśmy obraz spektaklu prawie idealnego, z dobrym, ważnym i ciekawie pokazanym tematem historycznym. Ale niestety tak nie jest. By być sprawiedliwą, muszę przeanalizować zawartość drugiej szali i przyjrzeć się temu, co pociągnęło spektakl mocno w dół.

Po pierwsze  – CZAS. 90 minut! Co najmniej o 30 za dużo, żeby przeciętny widz mógł zaangażować się w przewidywalną fabułę. Zakończenie, w takiej czy innej formie, było wszystkim znane, a rozwiązania teatralne jednak zbyt tradycyjne, by utrzymać skupienie widza na tak długo. Z pierwszego, podstawowego zarzutu, wynika drugi – zbyt długie dialogi i monologi. Aby wpleść w sceny przesłuchań, jak najwięcej wiedzy o historii i samym życiorysie ppłk. Cieplińskiego, adaptator scenariusza przeładował wypowiedzi postaci danymi, które w rezultacie komplikowały tylko ich treść, zacierając jasność i odbierając, tak potrzebną przedstawieniu, dynamikę.

Po trzecie – niezwykle irytujące, tym bardziej, że zastosowane już w pierwszym spektaklu – było odczytywanie z offu kolejności epizodów – scena I, scena II, scena III…  oraz dołączanie do nich informacji o miejscu i czasie rozgrywania następnego, wzięte jakby wprost ze szkolnego teatrzyku. Wystarczyło przecież, że widz spojrzał na scenografię, by komentarz: „Mieszkanie Cieplińskich” nie był mu potrzebny i nie obrażał jego inteligencji. Przecież właśnie w wyżej wymienionych dialogach z przesłuchań, można było swobodnie umieścić informacje choćby o miejscu i roku.

Po czwarte – nieszczęsna długość spektaklu, a może to, że był grany powtórnie, spowodowała, że poza wyjątkami, które wymieniłam na początku, aktorzy wyglądali, jakby sami zaraz mieli zasnąć na scenie. Zabrakło tempa i emocji, które pamiętam ze “Śmierci Rotmistrza Pileckiego”. Dla mnie jest to dowód na wyczerpanie takiej formuły czczenia 1 marca. Lwówecka Grupa Teatralna, kolejnym przedstawieniem o Żołnierzu Wyklętym, niewątpliwie już nikogo nie zaskoczy.IMG_0961

Piąta i ostatnia kwestia – wymowa. W spektaklu tkwiło potencjalne ziarno, by pokonać nudę i oczywistość. Wymowa właśnie, którą można było ustrzec się czytelności. Zamiast chrzcić przedstawienie łacińskim tytułem Contra Spem Spero  – “Wierzę wbrew nadziei”, można byłoby, wykorzystując współczesne komentarze byłych ubeków, nadać sztuce mniej jednoznaczności, choćby przez rozbudowanie współczesnego kontekstu czy bardziej zagadkowy tytuł… Słowa ubeka, które mnie zatrzymały: “To my decydujemy co, czym jest”, mogły stać się wyraźniejszą trampoliną do historycznej interpretacji losów kolejnego Niezłomnego, w kontrze do słów tytułu. Tego jednak nie odnotowałam…

Może się wydawać, że spektakl ma niewiele grzechów – i słusznie. Po pierwsze, dobrze że zaistniał. Tu jeszcze raz ukłon stronę twórców… Jest poprawny, zarówno jeśli chodzi o pokazanie historii, sceniczne rozwiązania, grę aktorską i muzykę. Szkoda jednak, że tak doświadczona grupa, która miała okazję pokazać, choć amatorską, to jednak sztukę, tym razem utknęła z widzami na podwójnej lekcji historii, z której każdy chciał jak najszybciej wybiec – co prawda wzbogacony o pewną wiedzę, ale nie do końca przekonany czy nie szybciej byłoby zwyczajnie zajrzeć na Wikipedię. Ja spodziewałam się jednak czegoś więcej wychodząc z domu. A może nie? W zasadzie bowiem, gdy pomyślę o wieczorze 16. marca, w Miejsko-Gminnym Ośrodku Kultury w Lwówku, ciągle przychodzi mi do głowy cytat z klasyka :

niech nie opuszcza cię twoja siostra Pogarda 

dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają…*

I może to jest wymowa?

 

Spektakl powstał m.in. na bazie słuchowiska „WiNny Bohater” Janusza Andrzeja Zajdla z 2008 roku oraz komiksu „Contra Spem Spero” wyd. IPN

*Z. Herbert Przesłanie Pana Cogito

* tamże

fotografie: Monika Nowak