Sprzymierzeni z Hollywood, czyli co Ty k… wiesz o promowaniu filmu?

000652yapfwarxio-c322-f4W jedną z grudniowych niedziel zostałam zaproszona na wyjazd do Dużego Kina (przecież większość z nas je lubi :p) ), z popcornem (bo miałam ochotę), na Amerykański Film (bo chciałam), z gwiazdami Hollywood (u nich to coś znaczy), wyreżyserowany przez Roberta Zemeckisa (Forrest Gump, Powrót do przyszłości, Kto wrobił Królika Rogera).

Don Burger zrobił do niego idealne zdjęcia – „ona ładna i ładny on”, pustynia malownicza, Casablanka klimatyczna, a w Londynie w 1942 roku już mieli Underground! Alan Silvestri dobrze zilustrował muzyką – dźwięk jest dyskretny, podkreślający jedynie dramaturgię akcji, a czasem jej brak… Detale scenografii i wnętrz dopracowane do najmniejszego szczegółu – od efektownych strojów z epoki począwszy, przez wnętrza sal balowych i mieszkań, na notesie i długopisie skończywszy…  Zwieńczeniem atutów obrazu, który miałam okazję obejrzeć z przyjemnością (choć nie tylko –  o czym później) było jednak aktorstwo. Nie zawaham się napisać (mając świadomość, że piszę o produkcji Paramonut Pictures), że to aktorstwo przez wielkie „A”…

Z serwisu filmweb wiemy, że w obsadzie pojawiło się 71 aktorów, ale pamiętamy tylko dwójkę z nich (no, aby być uczciwą powiem, że może czwórkę).
Ale od początku. Zaczęło się tradycyjnie od 25.minutowego pokazu trailerów, mogących spokojnie przebić względem decybeli poziom wybuchów nuklearnych, a obrazem wszelkie wizje apokaliptyczne. Możliwe jednak, że takie kino jest akurat dedykowane do widowni młodszej ode mnie o dekadę albo dwie… Na szczęście pierwszy kadr z filmu „Sprzymierzeni”, o którym piszę, przyjęłam z ulgą. W zasadzie nic nowego –  scena jak z filmu 7 lat w Tybecie i ten sam Brad Pitt (no, trochę młodszy). Bezkres pustyni i ogorzały wędrowiec. Cisza.
Nie trwa ona jednak długo. A i rola Pitta nie taka sama. 
Max Vatan, którego gra, to człowiek z misją wojenną do wykonania. Brytyjski oficer wywiadu. Nie mija chwila i dostarczonym przez kierowcę samochodem dostaje się do urokliwej Casablanki roku 1942, gdzie ma spotkać partnerkę do zadania, wyznaczoną mu przez dowódców. Zadania o tyle skomplikowanego, że wymagającego natychmiastowego wcielenia się w rolę męża bojowniczki ruchu oporu z Francji – Marianne Beauséjour granej przez Marion Cotillard. I to na przyjęciu, przy jej przyjaciołach. Tyle pierwsza scena.
 
Oczywiście wybierając się na ten film wiemy, że to romans, więc nie dziwi nas zafascynowanie, jakie rodzi się między damsko-męską parą bohaterów od pierwszych scen. Nie wiemy, rzecz jasna, jakiego ono będzie typu. Seks, czy coś więcej? Przyjaźń, zdrada, przygoda? Jeśli chodzi o fabułę w zasadzie więcej nie opowiem, bo zabrałoby Wam to smak odkrywania kolejnych kart filmu. A po widowisku autorstwa Zemeckisa rozgrywającym się w czasie II wojny światowej spodziewamy się właściwie wszystkiego. Tymczasem to obraz studyjny, dyskretny, jakby utkany ze spojrzeń tej dwójki bohaterów. Najważniejsze są w nim dwie twarze, a jak stwierdziła moja koleżanka, dwoje par oczu…  Oszczędność ruchu, mimiki, zbliżenia twarzy i wymownych spojrzeń – wszystko to uwiarygadnia słowa Marianne – „Bycie szpiegiem wychodzi, bo uczucia, które się żywi do oszukiwanych osób są prawdziwe”.  I to ta podwójna gra aktorska sprawia, że film skrzy się od dużo większych emocji niż reklamowane przed seansem katastroficzne produkcje. 
sprzym4
Obraz realizowany jest za pomocą tradycyjnych środków, za wyjątkiem dwóch, może trzech imponujących scen, nakręconych z użyciem efektów specjalnych, jednakże jedno spojrzenie Cotillard i Pitta podnosi adrenalinę bardziej niż płonący samolot lecący prosto na pełną ludzi willę w Londynie, czy bombardowanie szpitala. Te oczy i twarze powodują, że jesteśmy pod na tyle dużym wrażeniem, że angażujemy się mimowolnie w dramatyczne dylematy bohaterów.
sprzym3
Nie mogę ujawnić tutaj wszystkich z nich, bo zdradziłabym fabułę, ale główne pytania, które dręczą widza do samego końca seansu dotyczą zaufania najbliższemu człowiekowi, tragicznego konfliktu między życiem prywatnym, a służbą ojczyźnie, poszukiwania prawdy i jej znaczenia… Mogłabym wymieniać tych pytań o wiele więcej, ale nie gryźlibyście wtedy palców do końca seansu jak ja i moje towarzyszki.
 
Zastanawiam się tylko, czy taka fabuła, wysmakowane, ale długie, detaliczne kadry sprawdziłyby się w produkcji inaczej obsadzonej. Pomijając fakt, że jak dla mnie Pitt i Cotillard wielkimi aktorami są i z przyjemnością patrzę na nich stojących przed kamerą, trudno niestety nie umieszczać ich ekranowego spotkania w kontekście hollywoodzkiej popkultury i nie zastanawiać się nad tym, na ile przysporzyło i przysporzy jeszcze popularności filmowi. Skojarzenie konceptu „Sprzymierzonych” ze scenariuszem filmu „Mr & Mrs Smith”, o małżeństwie płatnych morderców, którzy dostają na siebie zlecenie, w czasie kręcenia którego Brad Pitt wdał się w romans z Angeliną Jolie, zakończony małżeństwem, wydaje się narzucające. Czy tym razem – jeśli wierzyć mediom plotkarskim – to bliższa relacja Brada z Marion dała podstawę Jolie do rozwodu? Podział majątku podobno nastąpiło, więc to chyba jednak to nie sposób na podniesienie zainteresowania premierą (i w sumie sprawa prywatna samych zainteresowanych).  

Nie mogę się oprzeć dodaniu jeszcze jednej pointy do tego tekstu, którą dopisała okładka jednego z kolorowych tygodników, zauważona na stacji benzynowej w drodze z kina. Widnieje na niej Bogusław L. , który wskutek nietypowych wypowiedzi na temat ostatniej roli w filmie Andrzeja W. w dorysowanej chmurce zadaje pytanie: „Co ty, k… wiesz o promowaniu filmu?.”

Bradowi, życzę promocji opartych na samych pozytywnych przeżyciach osobistych i podyktowanych jakością obrazu. Tak, jak w tym przypadku. No i wpadnijcie do kina.
 
foto: Paramonut Pictures

Comments