KIEDYŚ DWUDZIESTOLETNI, DZIŚ JUŻ TYLKO PIĘKNI*, czyli o „KAMPERZE” Łukasza Grzegorzka

www.filmweb.pl
www.filmweb.pl

Mniej więcej w połowie seansu wiedziałem już, że chcę napisać coś o tym filmie. Dlaczego? Debiut Grzegorzka nie jest ani wybitny, ani żenująco słaby. To całkiem sprawnie opowiedziana, z nieźle nakreśloną ekspozycją, pomysłowym trzecim aktem i odrobiną chaosu w środkowej części, historia. Prócz tego, posiada w sobie kilka innych elementów, wyróżniających ją na tle pozostałych tegorocznych polskich filmów. Co prawda, w kategorii „debiuty” konkurencję o dwie długości wyprzedził Jan P. Matuszyński z „Ostatnią rodziną”, jednak pominięcie „Kampera” w kończących rok rankingach byłoby wielkim zaniedbaniem.

Ale zacznijmy od banałów. Czasy się zmieniają, moi drodzy. Jeszcze 3-4 dekady temu tytułowy Kamper miałby w wieku 30 lat dwójkę dzieci, jasno określone miejsce w szeregu oraz pewną pracę, nad którą by się zbytnio nie zastanawiał. Byłaby i już. Może to obowiązkowa służba wojskowa tak pięknie ustawiała facetów do pionu, a może ogólna beznadzieja PRL-u sprawiała, że nawet wojsko, a potem szybciutkie założenie rodziny, okazywały się perspektywami o wiele ciekawszymi od powszechnie panującego marazmu. By jeszcze mocniej uwypuklić powszechną zmienność obyczajów, warto porównać bohaterów dwóch polskich seriali – „Czterdziestolatka” oraz „39 i pół”. Choć obydwoje przecież są w tym samym wieku, Stefan Karwowski wygląda i zachowuje się jak swój własny dziadek, natomiast przy postaci granej przez Karolaka sam czuję się jak Karwowski. I choć bohater „Kampera” jest o całą dekadę od nich młodszy, film właśnie dotyka tematyki owej zmiany (choć bardziej pasowałoby słowo „pęknięcie”) w polskich mężczyznach.

Pozornie może się wydawać, że charakterystyka Kampera stanowi dość schematyczne greatest hits (być może i mojego) pokolenia: syndrom Piotrusia Pana, brak umiejętności stworzenia trwałego związku, gremialna niechęć do prokreacji, zachłanne używane dobrodziejstw kultury połączone z konstatacją jej miałkości. Jednak Grzegorzek zmienia nieznacznie akcenty, wskazując, że niedojrzałość głównego bohatera nie jest jego wyborem. On bardzo chciałby wydorośleć, lecz po prostu nie ma jak. Doskonale zdaje sobie sprawę, że utknął w – brzydko mówiąc – adolescencyjnej dupie, lecz i tak wszyscy wokół tam siedzą, zaś ci, którym udało się z niej wyjść, wcale nie chcą podać pomocnej dłoni, lecz najzwyczajniej w świecie wykorzystać pozycję dominującą do swych niecnych celów.

Wiem, że powyższy tekst brzmi niczym recenzja klasycznego polskiego smutasa, lecz tutaj mamy kolejne zaskoczenie. Chyba największym atutem debiutu Grzegorzka jest to, że już od pierwszych scen po prostu chcemy lubić ten film. Co ważne, dostajemy bohaterów, których mniej lub bardziej podobne odpowiedniki każdy z nas jest w stanie wskazać wśród swoich znajomych. Ostatecznie film nie staje się kolejnym wyspekulowanym obrazem społecznym (jak chociażby zupełnie nieprzekonująca „Ki” Leszka Dawida), lecz pozostawia w widzu wrażenie, że pokazuje sprawy takimi, jakie są. Oczywiście, to tylko iluzja, lecz jak powiedział Brian de Palma: kino to kłamstwo 24 razy na sekundę, a Grzegorzek jawi się tutaj jako bardzo zręczny kłamczuch.

Inna rzecz, która niewątpliwe uraduje serce każdego rodzimego melomana: obok „Wałęsy” Wajdy i „Body/Ciała” Szumowskiej, obraz Grzegorzka jest kolejnym, gdzie odpowiednio dobrane standardy polskiej muzyki rozrywkowej podnoszą dramaturgię scen przynajmniej o jedno piętro.  Chociaż taniec Piotra Żurawskiego do piosenki Wodeckiego nie wytrzymuje konkurencji z Ewą Dałkowską, tańczącą topless przy „Śmierci w bikini” Republiki,  i tak pysio się przy tych ujęciach śmieje.

Twórcom udało się również uniknąć pretensjonalnej histerii, która w nieznośny wręcz sposób buchała ze wspomnianej wcześniej „Ki”, a także z „Sali samobójców”. Bohaterowie „Kampera” są raczej powściągliwi i przeważnie nie miotają się po ekranie jak kompletne szajbusy. A jeśli już to robią, posiadają ku temu wyraźnie sprecyzowane w scenariuszu powody.

No i wisienka na torcie, czyli gościnny występ Jacka Braciaka, stanowiący jednocześnie pretekst do wybornej parodii programów typu „MasterChef”. Aktor z jednej strony daje popis swych umiejętności komediowych, z drugiej wygłasza krótki, lecz celny monolog, który dla niejednego trzydziestolatka będzie niczym cios w klejnoty.

Szkoda, że w drugim akcie film zaczyna przez chwilę kręcić się w kółko, lecz można to debiutantowi wybaczyć. W sumie, nie tyle można, ile wręcz się chce.

Polecam,

Magda Gessler.

*W tytule zacytowano fragment piosenki „Albatros” zespołu Maki i Chłopaki.

Comments