Główne grzechy „WOŁYNIA”

www.filmweb.pl
www.filmweb.pl

Problem z tego typu filmami jest taki, że człowiek czuje się zawsze jak ostatnia świnia, gdy pragnie jeden z nich omówić tylko i wyłącznie od strony kuchni filmowej. A jest w tej materii trochę do zarzucenia.

Nie da się ukryć, że Smarzowski nakręcił kolejny dobry film, tyle że nim przejdziemy do scen dobrych, wpierw oglądamy początkową sekwencję, która jest wręcz genialna. Pierwsze pół godziny posiada atmosferę tak gęstą od emocji, niedomówień, wspaniałej muzyki, wiszących w powietrzu konfliktów, że widz autentycznie boi się, czy będzie w stanie wytrzymać finałową rzeź. Niemal na całkowitym spontanie udało się Smarzowskiemu wiarygodnie przedstawić głównych bohaterów, zarysować podstawowe konflikty, oddać koloryt ukazywanego świata, wpleść kilka doskonałych scenek rodzajowych oraz przemycić niemal niezauważalnie zapowiedź tego całego horroru, który widz będzie zmuszony oglądać w drugiej części. Gdyby autorowi „Domu złego” udało się utrzymać przez cały seans ten pełen podskórnego napięcia i czysto filmowy rytm, nie musiałby później serwować widzowi scen rodem z „Martwicy mózgu”, by uderzyć go prosto między oczy.

Lecz potem, cóż, twórca, idąc tropem Sienkiewicza, buduje historię rzezi wołyńskiej na konstrukcji tradycyjnego melodramatu, co samo w sobie przecież nie jest złe, ale… ekspozycja obiecywała dużo więcej. Nie jestem też do końca przekonany, czy oferowanie debiutantce pierwszoplanowej roli, której zadaniem jest utrzymanie historii w ryzach, było najwłaściwszym posunięciem. Z Agatą Kuleszą w każdym razie nie wytrzymuje porównania.

Dyskusyjną sprawą jest też ukazywanie upływu czasu nie poprzez podawanie konkretnych dat, lecz jedynie za pomocą zmieniających się pór roku. Z tego powodu zawierucha hitlerowsko-sowiecko-polsko-żydowsko-ukraińska może być zrozumiana tylko w naszym kraju oraz na Ukrainie, więc ogólnoświatowej kariery raczej „Wołyniowi” nie wróżę.

Inna rzecz…, ostentacyjne wykorzystywanie dzieci w scenach mordu… Zdaję sobie sprawę, że rzeczywistość była 1000 razy okrutniejsza, lecz od strony języka filmu nic łatwiejszego, jak pomachać widzowi przed oczami jakimś niemowlęciem, by od razu poczuł, że ogląda „prawdziwe” okrucieństwo wojny.

Tyle, jeśli chodzi o narzekanie. Za to zdjęcia Sobocińskiego, scenografia, kostiumy, oprawa muzyczna – wszystko to tworzy spójną całość, dając nam tym samym świat, w którego prawdziwość od razu wierzymy. Oglądanie Arkadiusza Jakubika w roli Macieja Skiby to czysta przyjemność dla oka i ucha. Brawa należą się również dla Jacka Braciaka (ojca głównej bohaterki) oraz Tomasza Sapryka w roli żydowskiego karczmarza, którego chyba w lepszej formie nie widziałem. To właśnie ci aktorzy oraz wyżej wymienione elementy sprawiają, że przedstawiony tygiel kulturowy wypada bardziej niż przekonująco. Docenić należy także odwagę ukraińskich aktorów, którzy zaryzykowali wiele, występując w tak kontrowersyjnym dla Ukrainy obrazie.

A na zakończenie jeszcze jedna uwaga. Zbyt wiele się nasłuchałem, że „Wołyń” ma stanowić pomost zrozumienia między narodami, że ma nakłonić do wspólnego odkrywania prawdy, żeby… nie powiedzieć wprost: jeśli dojdzie do dystrybucji tego filmu na Ukrainie, to nasi wschodni bracia nie wyjdą z kina zadumani i pokorni, lecz najzwyczajniej w świecie wku*wieni. Wystarczy sobie wyobrazić analogiczną sytuację, że oto grupa filmowców z Izraela pragnie w Polsce przedstawić film o Jedwabnem… Uczciwie dodajmy, że nie jest to wina ani Smarzowskiego, ani Polaków, ani Ukraińców. Po prostu każdy naród ma problem z mówieniem wprost o dokonanych przez siebie zbrodniach i żaden „Wołyń” tego nie zmieni. Koniec końców film obejrzeć warto, a nawet trzeba.

Comments