Z cyklu „Płytoteka Ponurego Człeka” – King Crimson – „In The Court Of Crimson King”

2db251ab149fba4085c726d1d396867cc51cb207
źródło: www.rollingstone.com

Pisanie o muzyce jest trudne. Pisanie o muzyce rockowej to wyzwanie. Natomiast naskrobanie kilku zdań o płycie „In The Court Of Crimson King” wydaje się rzeczą nie tyle niemożliwą, co po prostu samobójstwem. W moim przypadku zmierzenie się z tą płytą na gruncie muzyka – słowo wydobyte z klawiszy stawia mnie na przegranej pozycji i ukazuje moją słabość słowotwórczą. Stąd też weźcie łaskawie w opiekę moje słowa i nie przeklnijcie mnie za obrazę tej płyty, za użycie zbyt prozaicznych i przyziemnych zwrotów języka polskiego, by zrelacjonować to wydarzenie, jakim jest to muzyczne dzieło, które od dekad stoi na czele nurtu zwanego art rockiem. Stoi na czele i nikt, i nic nie zapowiada, by mogłoby tą pozycję utracić.

Sam nie wiem, co mam napisać tak naprawdę. Wiem tylko, że inne słowa i uczucia padłyby z ekranu, gdybym pisał o tej płycie pięć, dziesięć czy może dwanaście lat temu. Dzisiaj jestem już duży i cóż mogę dać swoim wnukom jeśli nie „Werter’s Original” – z tym mi się zawsze kojarzy mijający czas. Straszne to moje pokolenie obrazkowe i pokolenie reklamy, a ja zamiast użyć porównania posiłkując się na przykład literaturą piękną, to znam jedynie reklamę odwołującą się do mijających lat gdzie dobrotliwy wąsaty dziadek – w idyllicznym krajobrazie niewinności i tradycyjnych wartości rodzinnych – rozpieszczał swojego wnuczka dając mu te wspaniałe łakocie, które jak wspominał sam dostawał onegdaj od swojego dziadka. O ja pusty, bez wnętrza. Tak właśnie wyglądam stając w szranki z płytą King Crimson. Jak mam pisać? Merytorycznie czy zarzucić was emocjami. Pisać o wrażeniach czy relacjonować sekunda po sekundzie pojawiające się muzyczne obrazy.

Krążę wokół płyty, mało o muzyce piszę, bo po prostu boję się zacząć . Ale ta chwila już chyba nadeszła. Dobra zaczynam. „21st Century Schizoid Man”. Kiedyś inaczej postrzegałem ten utwór. Dzisiaj tez widzę w nim zupełnie inny świat. Muszę sam przed sobą stwierdzić że dopiero niedawno usłyszałem co Fripp z kompanami tu zagrali. Oni w tym utworze zawarli całą muzykę świata. Jest tu wszystko, każdy gatunek muzyczny, nawet te gatunki które jeszcze wtedy nie istniały. Przecież ten główny riff to hard rock w porywach do metalu, dalej jest jazz, również jakaś swoista awangarda muzyczna. Ogromna ilość energii kosmosu pulsuje w tej dziwacznej jak na tamte lata, ale zresztą i po dziś kompozycji.

Świetny przetworzony wokal w tym pomnikowym dziele znajdującym się na początku płyty, ale głos wokalisty to zresztą generalnie mocny punkt tej płyty. Takie głosy uwielbiam. W pozostałych utworach świetnie stonowany, rozmarzony. Jednoznacznie męski ale niepozbawiony uczuć. Śpiewa znakomicie w każdym utworze. Pokusiłbym się o stwierdzenie że na całej płycie śpiewa lepiej niż jego koledzy grają, a grają przecież wybornie.

king-crimson
Źródło: www.consequenceofsound.files.wordpress.com

Idealnie rozłożone są tu proporcje i żaglowanie nastrojem. Po takiej burzy dźwięków nastaje słońce i niebiański wręcz spokój i nastrój jaki bije od „I Talk To The Wind” to jak podróż po prasłowiańskich lasach, takich kniejach z pajęczynami, nieskażonymi ludzkimi rękoma, a do tego ten flet!!! Za kulminację płyty zapewne należy uznać „Epitaph” poruszający, a zarazem jednak przerażający utwór. Nie będę nic o nim pisał bo po prostu nie umiem. No nie ma tu słabych utworów. „Moonchild” genialny wśród wybitnych składników tego debiutu. Najdłuższy na płycie i najbardziej wymagający od słuchacza. Zaczyna się niewinnie porażającym śpiewem Grega Lake’a i cudownym uderzaniem o kopułkę talerza, faktycznie księżycowe dźwięki. W tle plumkania niewiadomego pochodzenia. Jestem w muzycznym niebie. Kocham ten utwór. Dalej zespół odpływa w rejony z pozoru mało rockowe. Perkusja i cisza, to dwaj bohaterowie tej kompozycji. Dla słuchaczy znających King Crimson jedynie ze słyszenia, lub dla których King Crimson to tylko kompozycje pokroju „Epitaph” to umówmy się muzyka nie do zniesienia. A mi po latach podoba się chyba najbardziej z tego mocnego zestawu. Cieszę się że zabrałem was w ta podróż do 1969 roku, skorzystałem na niej chyba nawet więcej niż wy. Przypomniałem sobie i przesłuchałem bez przerwy dwukrotnie tą płytę, którą jak wiele innych znakomitych nagrań tego zespołu zaniedbałem w ostatnim czasie. Zaniedbałem, bo skupiłem się na poszukiwaniu nowości, nowych wrażeń. Jako iż poszukiwania okazały się płonne, zejdę do swej groty, w której na ścianach wykułem nazwy zespołów i ich płyt z dalekiej przeszłości i tam zostanę. Rozpalę ogień i otulony w zdobyczną skórę renifera czy też innej antylopy gnu włączę ostatni utwór z tego krążka „In The Court Of The Crimson King”

Ciekawostki:

– utwory z tej płyty usłyszałem zanim nauczyłem się mówić, nie wiedziałem kto to gra, ale jako mały ledwo chodzący człowieczek pamiętam te dźwięki dochodzące z magnetofonu szpulowego mojej siostry. Na pewno był tam nagrany „Epitaph” i „In The Court Of The Crimson King”. Możecie mi nie wierzyć, ale tak było, słyszałem je! Podobnie jak ciemną stronę księżyca tez puszczała. Te utwory dla malca raczej są szokiem i chyba się ich bałem, ale czuję że znam tą płytę od urodzenia

Kocia łapa, stalowy pazur
Neurochirurg krzyczy nienasycony
U zatrutych wrót paranoi
Schizofrenik 21 wieku

Krwawe tortury; drut kolczasty
Polityczny stos pogrzebowy
Niewinni napalmem poparzeni
Schizofrenik 21 wieku…

Nasienie śmierci, ślepa chciwość
Głodujące dzieci na żer poetów
Może nie liczyć na żadne spełnienie
Schizofrenik 21 wieku

Prawie death metalowy tekst i właśnie o tekstach chciałem napisać, ale lepiej je po prostu sobie przeczytać, a jeśli ktoś zrozumie od razu to wsłuchać się w nie. Dobrze że jestem już w wieku prawie inżyniera Karwowskiego, bo na nastolatku muszą one robić wrażenie i siać spustoszenie w rozwijających się komórkach. Chociaż czy teraz nastolatkowie widzą i słyszą coś więcej niźli dźwięki wydobywające się z ajfona?

Comments