„Sewentisy”, czyli archeologia muzyczna vol. 1

I LOVE THE 70S T SHIRT WHITELata siedemdziesiąte ubiegłego wieku to najlepsze lata dla muzyki. Tego twierdzenia, jak dla mnie, podważyć nie można. To oczywistość. Dlaczego tak myślę i piszę? Postaram się udowodnić. Oczywiście, każdy może rzec, że to kwestia gustu, ale czuję, że w tamtych latach podchodzono do tematu zupełnie inaczej jak dziś. Wówczas najważniejsza była muzyka. W dzisiejszych czasach, trudno oprzeć się wrażeniu, że to inne względy o tym decydują. Śliczne ubranie, „szałowa” fryzura czy ekstraordynaryjne zachowanie… Więcej autokreacji niż autentyczności. Zabiorę więc was do świata, który jest zupełnie inny. Posłuchajcie i dajcie znać, czy też to czujecie…

James Brown – People Get Up & Drive Your Funky Soul                                     Tego pana nikomu nie trzeba przedstawiać. To człowiek, który jest nazywany legendą funku i w zasadzie jego twórcą. Niesamowity głos, nieokiełznana charyzma – to określenia, które tylko częściowo opisują Pana Browna. Co do utworu to, jak dla mnie, jeden z najlepszych jego „numerów”. Świetna melodia i ten beat funkowy, który wbija się w płat czołowy mózgu…

Teddy Pendergrass – Love T.K.O.                                                                                 Teddy Pendergrass to jedna z legend r&b/soul’u. Niestety nie ma go już z nami, gdyż pięć lat temu zmarł… Wracając jednak do samej piosenki to muszę przyznać, że nie lubię w zasadzie słodkich piosenek o miłości. Mimo to, ten numer to jeden z moich numerów #1, jeśli chodzi o słodkie przeżycie miłosne. Świetna nuta, a i tekst bardzo prosty i sugestywny – „techniczny nokaut miłosny”. Pozornie zdarty głos Teddy’ego opowiada „rzewną” historię, a sekcja rytmiczna wybija wręcz seksowny rytm. Tak, mam wrażenie, że ten czarny soul z lat 70. to w ogóle muzyka, która koresponduje z jakąś seksualnością… Końcu rytm ponad wszystko ;-)

Latimore – Let’s Straighten It Out                                                                                To jeden z najbardziej znanych utworów tego blisko 76-letniego artysty pochodzącego z Tennessee. Kluczem do tego utworu jest wspaniale grająca gitara elektryczna. Wprowadza w stan pewnego transu i wydaje się, że nadaje temu utworowi większej głębi… Do tego przydługawy „spicz” pana Latimore’a, który śpiewać zaczyna dopiero pod koniec drugiej minuty utworu… Dowiadujemy się od niego, że to kobieta głębiej odczuwa miłość niż mężczyzna… Słuchając tego utworu mam wrażenie, że i on sam jest bardzo wrażliwy…

                                                    Oczekujcie dalszego ciągu i miłego słuchania…

Comments