O przyjemnym i smutnym pożegnaniu

Uwielbiam nieco przypadkowe kinowe odkrycia. Mimo, że na ostatnim poznańskim Transatlantyku obejrzałem tylko dwa filmy, to oba okazały się strzałami w dziesiątkę. Szkoda, że za rok na ten festiwal będzie trzeba wybrać się do Łodzi.

Ostrzegam, będzie kilka spoilerów.

45 lat

Zacznę może od filmu z gatunku poważnych. „45 lat” to bardzo skromna, kameralna historia. Kate (Charlotte Rampling) i Geoff (Tom Courtenay) są zgodnym, kochającym się małżeństwem. Szanują się, rozmawiają i na pewno się ze sobą (i sobą nawzajem) nie nudzą. Na kilka dni przed jubileuszową imprezą, Goeff otrzymuje list ze Szwajcarii. Po niemal 50 latach w lodowcu odnaleziono ciało jego dawnej miłości, Katii (nieco drażniąca zbieżność imion). Dziewczyna zginęła podczas jednej z ich wspólnych górskich wypraw. W pierwszym odruchu Goeff chce jechać do Szwajcarii, by zidentyfikować (zobaczyć?) jej ciało.

Potem mimochodem, bo to mężczyzna nieco „nieuważny”, rzuca zdanie: „po tylu latach ja wyglądam staro, a ona się nie zmieniła”. To wystarcza. Czy można być zazdrosnym o kogoś, kto nie żyje od pięciu dekad? Czy można być zazdrosnym o – zapewne wyidealizowany, bo tak przecież działa nasza pamięć – obraz dawnej kochanki? Może się wydawać, że po 45 latach małżeństwa sentyment z jakim Geoff wspomina swoją dawną miłość nie powinien nikomu zagrażać. Ale Kate czuje się zagrożona, rozczarowana i oszukana. Tak mocno, że pewnej nocy zadaje mężowi pytanie, czy gdyby Katia nie zginęła, ten by się z nią ożenił.

Można się zżymać, że historia jest błaha, że po tylu latach bohaterowie powinni do historii która ich spotyka podejść z nieco większym dystansem. W końcu przez 45 lat można wszystko wyjaśnić, opowiedzieć i przetrawić. A może wcale nie o czas tu chodzi?

Na festiwalu w Berlinie „45 lat” zasłużenie zdobyło dwie nagrody aktorskie. Szkoda, że jak dotąd nie ma daty polskiej premiery. To przecież idealne „jesienne” kino. Zawsze wydawało mi się, że takich filmów w naszych kinach brakuje.

invitation

Jeśli od kameralnych dramatów wolicie odrobinę mniej kameralne dreszczowce, które przez większość ekranowego czasu są bardzo niejednoznaczne, „The Invitation” to propozycja idealna. Will i Kira, podobnie jak kilkoro starych (i nowych) przyjaciół otrzymują tytułowe zaproszenie na przyjęcie organizowane przez jego byłą żonę i jej partnera. Impreza Eden i Davida odbywa się w domu należącym niegdyś do Willa i Eden. Domu naznaczonym ich wspólną tragedią. Na początku wszystko zmierza w stronę „przyjacielskiego spotkania po latach”. Ale Will od początku czuje „że coś tu jest nie tak”. Okazuje się, że jego była żona i jej obecny facet i ich przyjaciele znaleźli bardzo niestandardowy sposób, by poradzić sobie ze swoimi traumami… I w tym miejscu się zatrzymam i napiszę tylko, że „The Invitation” wciągnęło mnie bez reszty. Klisza goni kliszę, ale sposób ich „serwowania” absolutnie nie razi. Kino rozrywkowe, jakiego od pewnego czasu szukałem.

Gdy piszę te słowa wiemy już, że Transatlantyk najprawdopodobniej przenosi się z Poznania do Łodzi. Co prawda podczas gali zamknięcia ostateczne deklaracje nie padły, ale jeśli poszło o pieniądze (organizatorzy wnioskowali o miejską dotację rzędu 3 mln zł – otrzymali połowę tej kwoty), to sentyment organizatorów i pochwały wypowiadane pod adresem stolicy Wielkopolski raczej nie wystarczą. Wstępna umowa z Łodzią została już podpisana.

Pod względem filmowym Transatlantyk proponuje kino środka – sprawdzone, bliższe głównemu nurtowi, ale przy tym po prostu bardzo dobre. Zdecydowanie inne od, często eksperymentalnego, kina spod znaku Gutek Film i wrocławskich Nowych Horyzontów. A że twórcą poznańskiego festiwalu jest Jan A.P. Kaczmarek, sporo dzieje się też w muzycznej i edukacyjnej przestrzeni. Przykre, że za rok właśnie Transatlantyku w Poznaniu może zabraknąć (piszę „może”, ale właściwie trzeba się z tym pogodzić). Coraz mniej w stolicy Wielkopolski dużych (naprawdę dużych!) wydarzeń sprawnie łączących artystyczne doznania z promocją miasta i czymś co można nazwać kulturalną turystyką. Opinia być może krzywdząca tych, którzy w poznańską kulturę są zaangażowani i którzy ją współtworzą. Ale proponuję wyjść poza nasz fyrtel i spojrzeć na to miasto oczami kogoś z zewnątrz. Kogoś, kto przez dwa wakacyjne miesiące ma do wyboru mnóstwo polskich i zagranicznych festiwali; kogoś, kto niekoniecznie kocha operę, filharmonię i arcydzieła literatury, ale docenia dobre kino, dobrą muzykę, chce w tych wydarzeniach uczestniczyć i dzielić się doświadczeniami z innymi. Jakimi wydarzeniami Poznań może przyciągnąć do siebie kulturalnych turystów? Malta, Animator i…? Trochę mało jak na miasto aspirujące niegdyś do miana Europejskiej Stolicy Kultury 2016., co swoją drogą od początku brzmiało jak primaaprilisowy żart. Ile znacie osób, które przyjeżdżają do Poznania specjalnie na te i inne festiwale? Jeśli Transatlantyk 2016 rzeczywiście przeniesie się do Łodzi, będzie ich jeszcze mniej.

Comments