Legenda podziemnej farmacji w PizzBurgu

maxresdefaultPisząc o kulturze, nadużywamy terminu „kultowy”. Jeszcze książka, płyta, film nie wejdą na dobre do dystrybucji, a już słychać z prawa i lewa, że – w najlepszym przypadku – „dzieło ma zadatki, by stać się kultowym” lub – w najgorszym i dużo częstszym – „jest absolutnie kultowe”. Sobotni koncert (15 sierpnia) Apteki w nowotomyskim PizzBurgu okazał się świetną okazją, by przypomnieć, czym jest prawdziwa kultowość.

Podstawową cechą zjawiska kultowego jest jego hermetyczność. Nie musi być ono ostatecznie doskonałym. Nie! Już na przykładzie polskiego „Rejsu” widać, że kultowość objawia się zupełnie niezależnie od – powiedzmy – „obiektywnej” wartości danego dzieła.

Tyle po pierwsze. Po drugie zaś – zjawisko kultowe nie może być kultowym dla wszystkich. To raczej prezent z niebios dla wybranych, którzy odnajdują w nim własną osobowość, przemyślenia, filozofię życiową. Po pewnym czasie zaś przedmiot kultu staje się swoistym kodem, dzięki któremu miłośnicy danego dzieła identyfikują się w przestrzeni publicznej. „Szczególnie nie chodzę na polskie filmy”. „Jezus Chytrus nie jest w modzie”. „Na każdym spotkaniu jest taka sytuacja, że ktoś musi zacząć pierwszy”.„Poloneza Caro kupi, ten co jest naprawdę głupi”. Wiecie, rozumiecie. I jeśli, proszę państwa, trójmiejska Apteka nie zasługuje na miano kapeli kultowej, to zaiste nie mam pojęcia, co na nie zasługuje.

Od początku działalności zespół Jędrzeja „Kodyma” Kodymowskiego dawał jedyną w Polsce możliwość taplania się w zaskakująco przyjemnej mieszance nihilizmu, surrealistycznego humoru oraz przewrotnej inteligencji muzycznej. I jakoś nie dziwi, że ową inteligencję dostrzegają po dziś dzień nieliczni, choć dla mnie, właśnie Apteka – tuż obok Homo Twista i Świetlików – serwowała w latach 90. najlepsze polskie płyty z rockową alternatywą, przy czym w przypadku Kodyma przymiotnik „alternatywny” należy rozumieć w sensie ścisłym. I po części właśnie z tych powodów nowotomyski koncert dał mi niemało frajdy.

Ale wpierw o samym lokalu. Parafrazując Jerzego Pilcha: powiedzieć o nowo otwartym PizzBurgu, że jest tylko pizzerią, to nic nie powiedzieć. Wnętrze wypełnione klimatycznym półcieniem przypomina raczej vintage’owy klub muzyczny. Prócz niezłego jedzenia, zmysły cieszy wybór piwa, który, proszę wierzyć, nie ogranicza się do opcji – Tyskie lub Warka. Innymi słowy – jest to miejsce wręcz wymarzone do tego typu koncertów, i mam nadzieję, że będzie ich w PizzBurgu znacznie więcej.

Na scenie razem z Kodymem pojawili się Kamila Bilińska na gitarze basowej oraz Karol Kropiewski na perkusji. Koncert zaczął się z poślizgiem, lecz zespół wykorzystał ten czas, by się zbratać z publiką w relacjach pozascenicznych. Fajnym było obserwować, jak programowa anarchia i chaos, wyłaniające się z płyt Apteki, elegancko przekładają się na przebieg koncertu. Bez żadnej setlisty, bez sztywniactwa, bez napinki, że oto występuje legenda, kapela zaczęła od kawałków z „Mendy” – „Kosmosu” i „Psychodelicznego kowboja”, by po chwili atmosferę podbić „Chłopakami i dziewczynami”. I w tym momencie, cholerka, trochę wspomnień powróciło.

„Menda” była kasetą bardzo mocno eksploatowaną w liceum. Szczerze kochaliśmy jajcarstwo Kodyma, które jednak miało zupełnie inny ciężar gatunkowy od, chociażby, siermiężnego Big Cyca. Niesamowita przestrzenność utworów z płyty „Ujarane całe miasto” oraz zachwycający eklektyzm „Mendy” stawiały – kontrowersyjny, przyznajmy – humor Apteki w zupełnie innych kontekstach. Przekaz był prosty i dość smutny: ten świat nie jest dziełem geniusza, raczej dziełem kogoś, kto może i zamary miał zacne, lecz jakością wykonania nie zabłysnął, więc jedno, co nam, śmiertelnikom, pozostaje, to nie przejmować się za bardzo tym padołem łez i co jakiś czas dobrze się zabawić. Zaś na koncercie w PizzBurgu dotarło do mnie, że – w przeciwieństwie do innych kapel, których słuchałem jako osiemnastolatek – z muzyki Apteki ani trochę nie wyrosłem.

Wybaczcie te osobiste wynurzenia, lecz wydaje mi się, że nie byłem w tych myślach odosobniony. A dalej było jeszcze lepiej. Co prawda koncert dobitnie pokazał, że opus magnum zespołu pozostaje „Menda” (przeszło połowa materiału z tego albumu wybrzmiała na scenie), jednak świetnie też zagrały kawałki z nowszych albumów – „Apteki” (2007) oraz z „Od pacyfizmu do ludobójstwa” (2012), a już absolutnym miodem na me serce była apteczna wersja „Korowodu” Marka Grechuty. Uczciwie przyznać też muszę, że przy „Diabłach” poczułem znowu ciary. Zadziwiające, jak wiele treści można władować w tak niepozorny i lakoniczny tekst.

Atmosfera była tak niewymuszenie sympatyczna, że nawet kompletnie jadące po bandzie „Wiesz, rozumiesz” zabrzmiało całkiem niewinnie (jak na piosenkę, która ilością wulgaryzmów na wers kwadratowy może konkurować z „liryką” Liroya).

Po godzinie grania zespół zakomunikował, że musi zrobić sobie pięciominutową przerwę na papierosa, po czym powrócił, by zakończyć koncert dość psychodelicznym zestawem pieśni, z „Syntezą” na czele.

Podsumowując: ktoś sprawił nam w sobotę prezent, za który jestem szczerze wdzięczny. Wielkie dzięki dla Kodyma, Kamili i Karola za sympatyczny i bezpretensjonalny koncert oraz dla PizzBurga za klimatyczne miejsce, zacne jadło i wybór piw na piątkę. Chcemy więcej.

 

 

Comments