SWOJSKIE DISCO, WSTYDLIWE POLO. Wokół pełnometrażowego debiutu Macieja Bochniaka

Disco-polo to nie gatunek muzyczny, lecz stan umysłu. Sama zaś muzyka nie stanowi przyczyny owego stanu, lecz jego konsekwencję. Zresztą, błędem jest przypuszczenie, że – jak to pięknie nazwał Ryszard „Tymon” Tymański – polovirus kryje się tylko pomiędzy akordami disco-polowych hitów. W polskiej muzyce jest on obecny mniej więcej od końca lat 80. ubiegłego wieku. Często uaktywniał się w formie pastiszowej, jak choćby w klasycznym już „Garażu” Teenage Love Alternative, gdzie biesiadna aranżacja wraz z rubasznym tekstem („Dziewczyno, dziewczyno, zamień cnotę na wino”) miały stanowić zasłonę dymną przed tym wszystkim, co nie do końca nam się w życiu podoba.

Lecz trochę później, głównie za sprawą Róż Europy (nie żartuję, zaś lidera tej formacji Piotra Klatta z pełną premedytacją nazywam pierwszym disco-polowym eseistą), „filozofia” disco-polo zagnieździła się na dobre w młodych umysłach, z niecierpliwością czekających, aż ten cały komunizm szlag trafi, zaś świat znany z „Dirty Dancing” i Pewexów zawita w naszym kraju na dobre.

Przypomnijmy początek „Jedwabiu”:

Ofiaruję mojej dziewczynie z kwiatów Holandii utkany

Szlafrok, w którym utonie. Całkiem niezły posiłek, jaki

Konsumuję lubieżnie co wieczór w ciepłych dekoracjach pokoju,

Przy świecach i przy koniaku. A nad sobą mam jej loki.

Czy mi się wydaje, czy oto mamy ubrany w wersy wycinek scenariusza jednego z klasycznych teledysków disco-polowych? Napełnione kieliszki, nastrojowa muzyka, piękna pani na pierwszym planie. Co prawda, nie mam pojęcia, czym są „ciepłe dekoracje pokoju”, lecz śmiało zaryzykuję stwierdzenie, że podmiot liryczny owego hitu za wszelką cenę pragnie pokazać światu, że oto jest światowcem, a przynajmniej Europejczykiem (taki tytuł ma inna piosenka zespołu), znającym wszelkie luksusy, doceniającym doskonały trunek, nie posiadającym większych problemów z pieniędzmi…, zaś przy tym wszystkim wręcz histerycznie stara się ukryć, że pochodzi z kraju, który ma ogromne tyły w stosunku do reszty kontynentu. Bohater wyłaniający się z płyt „Stańcie przed lustrami”, „Poganie! Kochaj i obrażaj” i „Radio młodych bandytów” mógłby być starszym bratem Tomka i Rudego z filmu Macieja Bochniaka.

Twórca „Disco-Polo” z budzącą podziw lekkością i przy użyciu kodu z westernu przypomniał ten magiczny okres z najnowszej historii Polski, kiedy byle facio sprzedający skarpety na bazarze czuł się niczym Rockefeller. Czas, gdy jeszcze nie wiedzieliśmy, że w momencie budowania polskiego wolnego rynku, zachodnie struktury finansowe już stały w gotowości, by swym – od dekad już prężnie działającym – kapitalizmem podbijać inne kraje, w tym i nasz. Przy czym Bochniak nie pokazuje tego wszystkiego z przytłaczającą powagą, lecz w formie od początku do końca rozrywkowej i przy użyciu jednoznacznie filmowych środków. Polska wykreowana przez twórców w tym obrazie jest z jednej strony Polską w sensie literalnym, z drugiej zaś rzeczywistością całkowicie alternatywną. Naszym małym przaśnym matrixem, zbudowanym ze snów, marzeń i pragnień – wręcz rozczulających w swej naiwności, lecz bliskich (wstyd się przyznać) każdemu z nas. Może właśnie dlatego sporo Polaków miało z „Disco-Polo” niemały kłopot. Wydaje się, że intencje twórcy i oczekiwania odbiorcy wręcz dramatycznie się tutaj rozminęły. Dlaczego? O tym za chwilę. Wpierw przyjrzyjmy się faktom.

Rzadko kiedy można spotkać polski film, w którym niemal każdy jego element – poczynając od fabuły, poprzez muzykę, scenografię, kostiumy, sposoby prowadzenia kamery, rozwiązania montażowe, a na dialogach kończąc – stanowi integralną część tak bardzo spójnej, przemyślanej i konsekwentnie wykreowanej całości. W ostatnich latach chyba tylko Smarzowskiemu, twórcom „Papuszy” oraz Pawlikowskiemu w „Idzie” udała się ta sztuka. Długie ujęcia, bardzo sprawny montaż wewnątrzkadrowy i towarzyszące mu całkiem błyskotliwe rozwiązania inscenizacyjne nakazują przypuszczać, że budżet filmu raczej skąpy nie był (wszak liczne duble, konieczne przy tego typu zdjęciach, swoje kosztują). A to z kolei oznacza, że ktoś Bochniakowi mocno zaufał. Film nie jest arcydziełem, lecz, jak na debiut, robi wrażenie.

Pozostaje kwestia następująca: skoro jest tak dobrze, dlaczego bardzo wielu widzów wyszło z kina niezadowolonych? Wydaje się, że wina leży w strategii twórczej. Po pierwsze – „Disco-Polo” nie jest filmem realistycznym. Bochniak, być może zupełnie nieświadomie, stworzył tutaj antytezę poetyki znanej polskiemu widzowi z dokonań Smarzowskiego. Twórca „Wesela” i „Domu złego” skutecznie nam wmówił, że jeśli chcemy w kinie pogadać szczerze o Polsce, to tylko przy pomocy skrajnego naturalizmu, czarnego jak smoła humoru, bolesnego sarkazmu i rozwiązań fabularnych, którym raczej daleko do happy endu. A przecież „Wesele” i „Disco-Polo” opowiadają o tym samym. O zakompleksionych ludziach, którzy w pieniądzach odnaleźli placebo na swe wszystkie bolączki.

Bochniak, podobnie jak Smarzowski, także jest ironistą, tyle że jego ironia wywodzi się raczej z poetyki czeskiej nowej fali, gdzie przywary bohaterów były zazwyczaj ukazywane z ciepłą wyrozumiałością. Jego film nie chce być odpowiednikiem lustra, które bezlitośnie konfrontuje widza z jego wadami. A wydaje się, że mamy w Polsce problem z odbiorem tego typu ironii. Stąd też głosy oburzenia, że film Bochniaka zupełnie niepotrzebnie uwzniośla coś, co z samej natury jest płytkie, bezwartościowe i kiczowate. Bo jak to? Robić film o disco-polo, który nie chce być jednoznacznie krytyczny? Nie chce ośmieszać? Nie chce obrażać? Co w takim razie chce?

Oto pierwsza przeszkoda. Drugą jest intertekstualność obrazu. Mamy do czynienia z filmem, w którym „Jesteś szalona” i „Pszczółka maja” sąsiadują z cytatami z Felliniego, Hanekego, Wesa Andersona, Briana de Palmy. Gdzie estetyka westernowa lub poetyka kina drogi nie stanowią tylko stylizacyjnego ćwiczenia, lecz są całkiem trafnymi skrótami myślowymi, które pragną zastąpić realistyczne ujęcia z filmów Smarzowskiego. No tak, tyle że co ma Haneke do Bayer Full? Czy faktycznie film o subkulturze disco-polowej musi być sklecony na modłę erudycyjnych popisów w stylu Tarantino? Bochniak strzelił sobie samobójczą bramkę, licząc na to, że wyrobiony widz zechce się pochylić nad czymś tak miałkim jak disco-polo, zaś miłośnik tego typu muzyki odnajdzie się w intertekstualiach wykreowanej przestrzeni ekranowej. Tak, tak, kochani, Bochniak stworzył film wymagający zarówno pewnego obycia, jak i zdrowego dystansu do siebie. A to u nas dość rzadkie połączenie.

Z dystansem należy też potraktować epilog, w którym (uwaga: spojler) piosenka „Wszyscy Polacy” wygrywa konkurs Eurowizji. Bo czego tak naprawdę pragniemy? O czym marzymy? Nie o Oscarach dla kolejnych „Id”, gdyż one nie robią dobrze nam, co najwyżej ich twórcom. My pragniemy, by wreszcie ten wspaniały i wytęskniony zachód polubił nas takich, jakimi jesteśmy – zagubionych, trochę za bardzo romantycznych, spragnionych godziwych zarobków i bojących się wszelkich konfrontacji. By nas utulił do piersi i powiedział: „Polacy! Fajni jesteście!” Bochniak zaś nie zadrwił z tych naiwnych pragnień, choć miał ku temu doskonałą okazję. I za to go lubię.

Comments