Z perspektywy dwóch kółek: Gadu Gadu i na zlot

unnamedRaczej nie jestem gadułą, czasem tylko, jak trafię na temat lub jestem pod wrażeniem niedawnego wydarzenia, to powiem parę zdań, no chyba, że dalsza rozmowna doda mi tematów i chęci do autoekspozycji. W związku z tym, na co dzień, nie brakuje mi zbytnio rozmów z ludźmi. Jednak okazuje się że podświadomie takiego kontaktu potrzebuję. Do takiego wniosku doszedłem jadąc na rowerze, sam, daleko, nawet bardzo daleko…  

Jadąc samotnie nad morze, po jakichś ponad stu kilometrach stwierdziłem, że jest mi dziwnie za cicho, że nie wystarczają mi szumy przejeżdżających samochodów czy poszczekiwania goniących mnie psów, rasy bardzo wielokrotnie mieszanej. Włożyłem więc w uszy słuchawki empetrójki, czego raczej nie robię ze względu bezpieczeństwa, dla niewtajemniczonych –  po to, żeby słyszeć nadjeżdżającego z tyłu ukraińskiego TIR-a.  Wracając do tematu, wkładam słuchawki, wciskam guziczek z trójkącikiem i jest lepiej, znajomy głos, znana muzyka, uczucie znane, ale teraz bliższe sercu i bardziej docenione. Jedziemy więc teraz zespołowo i jest miło. Po jakimś czasie trzeba wejść do sklepu, nieważne po co – po napój, batonika czy też krem przeciwsłoneczny, żeby papugi nie spaliło.

Tutaj przyłapuję się na tym, że zamiast ograniczyć się do: „proszę”, „dziękuję”, „ile płacę” i „dlaczego tak drogo”, zaczynam rozmawiać z ekspedientką o przysłowiowej „dupie Maryni”, czyli o wszystkim i niczym. Pytam czy daleko do miasta, kto mieszka w tym dużym pięknym domu, czy w remizie są zabawy. Czy kurki niosą i czy krowy się cielą nie pytałem, zapomniałem. Tak więc doszedłem do wniosku, że jednak potrzebuję ludzi, by porozmawiać, pośmiać się po prostu, poobcować, choć to słowo brzmi dziwnie i jakby „przeciwnie” do swojego znaczenia. Bywa, że jeżdżę sam, bo nie zawsze można się z kimś zgrać, jednak wolę jazdę w towarzystwie i to najlepiej jednej lub dwóch osób. Tak, żeby pogadać, pośmiać się i w razie potrzeby pomóc sobie. Duże grupy na długich trasach się raczej nie sprawdzają. Ilu ludzi tyle pomysłów na to, jak szybko jechać i którędy, a kiedy odpoczywać.

Druga sprawa to rozmowy zapalonych rowerzystów w swoim gronie. Dialekt, którym często się rozmawia w takich kręgach, dla niewtajemniczonych brzmi jak tajny kod jakiejś sekty lub rozmowy mieszkańców Burkina Faso. Suporty, BB-toury, zaliczanie gmin (o matko i córko !) …..

mogą przyprawić przygodnego słuchacza o ból głowy lub podejrzenie, że przyleciał z innej planety.

Towarzystwo rozumiejących moją pasję bez słów, znajduję na forum rowerowym, do którego należę od kilku lat i w tzw. realu, czyli na corocznych, majowych zlotach członków tego forum. Niedawno właśnie stamtąd wróciłem, z głową pełną opowieści o podróżach po świecie, kraju, o sukcesach rowerowych kolegów i koleżanek. Ale może od początku.

Planowaliśmy z kolegą pokonać drogę na zlot – ok. 200 km, tylko rowerami, jednak warunki pogodowe – wiatr i przewodywane opady, zmieniły nasze plany… Ruszamy, więc, w czwartek rano z wiatrem w plecy do Poznania, by tam wsiąść w pociąg do Szczecinka. Pierwsze kilometry mijają spokojnie i miło. Gdy jednak dojeżdżamy do Buku, kolega przede mną nagle hamuje, rezygnując z przejechania przez skrzyżowanie na żółtym świetle, a ja, jak mówi klasyk „ nie zdanżam” i walę w jego rower, zaliczając widowiskową glebę. Wstaję, otrzepuję się, oględziny organizmu wypadają nad wyraz pozytywnie. Gorzej ze sprzętem. Tylne koło się nie kręci, rozpinam hamulec i jest lepiej, a próbne przejechanie kilkudziesięciu metrów daje nadzieję na dotarcie do Poznania, mimo wykrzywionej obręczy (broń Boże „felgi” – użycie tego określenia w jednym z nowotomyskich serwisów rowerowych, grozi rowerową ekskomuniką ;) ). A więc, na koń ! Do Poznania jadę ostrożnie, bo na jednym i to „wywrotnym” przednim hamulcu. W zasadzie nie lubię Poznania, wyjątki to wypady na koncert lub jazda rowerem w tym kierunku… Ale do rzeczy.

Na Dworzec Główny docieramy bez przygód. Pokowanie roweru do pociągu, z kolei, to sprawa niełatwa i pełna niespodzianek, co potwierdzają opowieści wielu znajomych rowerzystów. Tak jest i teraz. Pociąg, który w rozkładzie jazdy figuruje jako posiadający przedział rowerowy… naprawdę go posiada. Jednak okazuje się, że skład jest w Poznaniu rozłączany i wagon z przedziałem rowerowym jedzie nie tam, gdzie my. Cóż, przypinamy rowery do drzwi w pierwszym przedsionku pociągu i wio w nieznane, znaczy do Szczecinka….

W Szczecinku znajduję serwis rowerowy, w którym na szybko centrują moje koło, na tyle, żeby można było używać tylnego hamulca. Do celu mamy jakieś 40 km, które pokonujemy przy minimalnej mżawce i słabym wietrzyku. W ośrodku czeka już na nas kolega, który dotarł wcześniej, bo wiózł rower samochodem. Można i tak. Miłe rozmowy przy ognisku trwają prawie do rana.

Następnego dnia bez śniadania, bo wstaliśmy w porze obiadowej, ruszamy do pobliskiego Człuchowa –  gminy znienawidzonej przeze mnie z powodu radarów. Kręcimy się po mieście, odkrywając piękny gotycki zamek, potem suty rowerowy obiadek i ruszamy w dalszą drogę. Objeżdżamy okoliczne wioski, płosząc kury i denerwując psy. W końcu wracamy do ośrodka, gdzie z każdą godziną przybywa zlotowiczów. Zapełnia się pole namiotowe, robi się coraz większy gwar. Dziś o wiele trudniej dopchać się do ogniska, by upiec kiełbaskę, ale głodni spać (znów nad ranem) nie idziemy.

Kolejny dzień wypełnia jazda na orientację po leśnych drogach. Z tej atrakcji jednak rezygnuję, z uwagi na cienkie oponki mojego roweru, które wchodzą w leśne piaski, jak nóż w masło. Głupio jednak tak siedzieć, kolega nie ma ochoty na jazdę, ruszam więc sam, po chwili jednak spotykając trójkę forumowiczów, którym też bardziej pasuje asfalt.  Dwójka z nich, to osoby otoczone w naszym gronie wręcz kultem, bo co powiedzieć o dziewczynie, która pokonuje rocznie ponad 25 tys km czy o koledze po sześćdziesiątce, który czterokrotnie przejechał BB-tour (w ciągu 72 godzin trzeba pokonać 1008 km), w tym raz w niespełna dwa lata po wypadku, w którym samochód spychając go do rowu, powbijał mu żebra do płuc? Z początku się obawiam, że nie dam rady dotrzymać im tempa, jednak jedzie się przednio, zwłaszcza, że z początku z wiatrem w plecy. Celem moich kompanów jest „zaliczenie” gminy o romantycznej nazwie Swornegacie. Przy tablicy Małe Swornegacie robimy sesję z gaciami Marka, uwieszonymi przy tablicy miejscowości. Ubaw mamy po pachy.  Czas goni, bo musimy zdążyć na obiadek, a do przejechania jeszcze spory kawałek, w większości pod wiatr. Dajemy więc czadu i z małą przerwą na zakupy w wiejskim sklepiku, wpadamy na teren naszego ośrodka. Czeka na nas pyszny kapuśniak, duszone ziemniaki, duuuuży schaboszczak i mizeria. Po prostu pycha. Jedna z koleżanek nie dała rady kotletowi, więc poświęciłem się i jej pomogłem…. Po odpoczynku i doprowadzeniu się do stanu użyteczności, ruszamy na ostatnie ognisko, które zamyka zlot.

Myślę sobie, że niestety spotkam tych ludzi dopiero za rok, może przypadkiem niektórych wcześniej… Czas spać, nazajutrz ruszam do domu, załapując się na transport samochodowy. Niestety, pojutrze idę do pracy i nie dałbym rady wrócić na kołach… Koledzy jadą jeszcze nad morze, szczęściarze…

Comments