Wiosenna przerwa uszami dyletanta

20150603_194148Wielkimi krokami zbliża się muzyczne lato. Pełne festiwali. Małych, dużych i przeogromnych. Ale, że kalendarzowo i astronomicznie nadal tkwimy w wiośnie, proponuję kilka słów o festiwalu z wiosną w nazwie.

Na początku się „usprawiedliwię”. Albo „przedstawię”? Jak kto woli. Żaden ze mnie znawca muzyki. Mam kilka ulubionych zespołów, których płyt lub utworów słucham w zależności od nastroju. Zdecydowana większość to przelotne muzyczne znajomości i fascynacje. Ciężko mnie przekonać do nowości. Do tzw. muzyki trudnej – jeszcze trudniej. Ale najtrudniej do współczesnych muzycznych trendów. Byłem na Openerze. Raz. I raczej nie mam ochoty tam wracać. Więcej tam poprzebieranych w piękne sukienki panien i równie modnych chłopców, niż rzeczywistych miłośników muzyki. A przepraszam! „słuchacze Trojki” tam przecież jeżdżą, a na świętości ręki się nie podnosi. Generalizuję i pewnie narażę się tą opinią przynajmniej kilkunastu osobom. Mimo wszystko chcę więc pozostać choć nieco uczciwy – Opener to jednak już marka. Gdyby nie ten festiwal, wiele z występujących tam zespołów grałoby w całej Europie tylko nie w naszym kraju. Bez Openera nie byłoby kolejnych tego rodzaju dużych imprez. Nie byłoby też tej poznańskiej – Spring Break Festival – która wyrasta na bardzo ciekawą propozycję na wiosenno – letniej muzycznej mapie Polski. Bo na mapie Wielkopolski taką pozycją już jest. W kwietniu 2015 odbyła się jej druga edycja.

Zacznę może od rzeczy, która tylko pozornie jest mało ważna, ale tak naprawdę daje SBF przewagę już na starcie. O ile karnety na duże festiwale kosztują kilkaset po złotych (4 – dniowy Open’er to 550 zł, 3 – dniowy Orange Warsaw kosztuje 470 zł) o tyle organizatorzy SBF zachowali się… po poznańsku. 79 zł (słownie: siedemdziesiątdziewięćzłotych!) – za tak śmieszną kwotę można nabyć karnet, a potem chodzić od klubu do klubu, od sali do sali i w ciągu trzech wieczorów wysłuchać 15 – 20 koncertów. Ja, bez pośpiechu i wielkiego biegania, byłem na 10 – ciu. Nic dziwnego, że karnety rozeszły się na kilka tygodni przed rozpoczęciem imprezy. I żeby była jasność – SBF to nie amatorski festiwal robiony przez amatorów, na którym amatorskie zespoły grają amatorską muzykę dla publiczności składającej się z amatorów piwa i hot – dogów. Lista tegorocznych wykonawców może robić wrażenie. Macie Internety, więc sobie znajdźcie. Nie wszyscy mnie zachwycili (o czym za chwilę), ale jakość tego festiwalu jest – w jak najlepszym znaczeniu – odwrotnie proporcjonalna do ceny karnetu.

Założenie z jakim wybrałem się na SBF było proste; nie do końca interesuje mnie poznawanie „rewelacyjnych i jeszcze nieodkrytych” zespołów, branie udział w panelach dyskusyjnych i innych około muzycznych wydarzeniach. Postawiłem na zespoły uznane przez bliżej nieokreślonych znawców tematu oraz na… przypadek. Za klucz wystarczyło przyjąć lokalizację. Sala Wielka CK Zamek, Dziedziniec Różany, Blue Note. Umówmy się – byle nowicjuszy chyba tam nie wpuszczą…

Sporo zaskoczeń, sporo rozczarowań i kilka oczarowań. Tyle w jednym zdaniu.

Dzień pierwszy. CK Zamek: The And, Król, Skubas

Zaczęło się najgorzej jak mogło. Z występu The And zapamiętałem tylko nazwę i dziwnie świecącą koszulę wokalisty. Nie pytajcie mnie o melodie, instrumentarium. Bałem się, że każde spotkanie z nowym zespołem będzie oznaczało pogrążanie się w „plumkaniu” na automatycznych instrumentach wspieranych prostą – jeśli nie prostacką – linią basu i melodyjkami niczym z „Domowego przedszkola”. Na szczęście (w tym przypadku) koncerty na SBF są zwykle bardzo krótkie. Trwają 30 – 60 minut. Ten mieścił się w dolnej granicy.

Kawa i ciacho. A następnie Król. I już było mi lepiej. Pan Błażej (który podobno na co dzień jest „panem Błażejem z Media Marktu”) to artysta uznany. Na szczęście nie „popularny”, albo – co gorsza – „znany i lubiany”. W trakcie jego występu dała o sobie znać jedyna wada niskiej ceny karnetu. W dużej mierze publiczność trafiła na ten koncert z przypadku (Akurat na ten koncert wybrałem się świadomie). Część się nudziła, część gadała. Pozostali na szczęście słuchali dość uważnie. A tej muzyki należy słuchać uważnie. Sporo się ostatnio mówi o nowej płycie Króla. Sam poznałem jego twórczość dopiero w ostatnich tygodniach. Bije z niej straszny smutek. Ale jedno jest pewne – ma facet coś do przekazania. Nie wiem, czy jego granie jest oszałamiające, czy „tylko” poprawne. Ale klimat, jaki tworzy Król sprawia, że coś człowieka ściska w żołądku i puścić nie chce. Nie potańczycie przy tej muzyce. Chyba że samotnie, z butelką wódki pod pachą.

A propos alkoholu, po Królu musiałem się napić. Piwo. I Skubas. Tu chyba za dużo rozpisywać się nie będę. Pan Skubas i jego koledzy fajni są, każdy wie. Też grają na smutno („Nie mam dla ciebie miłości”), ale jakoś tak mniej smutno niż pan Błażej. Jeśli mnie pamięć nie myli, byłem wcześniej na dwóch koncertach Skubasa. Ten trzeci był najsłabszy. Co nie znaczy, że nie był dobry. Jeśli trafi wam się szansa by posłuchać tej muzyki na żywo – śmiało! Nie będziecie żałować.

Dzień drugi. I znów (głównie) Zamek: Natalia Nykiel, Straight Jack Cat, Mary Komasa, Ten Typ Mes + Live Band

W przeciwieństwie do mojej prywatnej inauguracji SBF, piątkowe koncerty rozpoczęły się od fantastycznej niespodzianki, czyli Natalii Nykiel. Dziewczę znane z telewizora (o czym dowiedziałem się kilka dni po jej poznańskim koncercie), które nagrało po prostu fajną popową płytę. „Chce być jak Brodka” – to chyba główne zarzuty pod jej adresem. Może pani Natalia rzeczywiście nie sili się na oryginalność, ale w sumie miałem to gdzieś. Ważne, że na koncertach jej utwory brzmią o niebo lepiej niż na płycie, a jej muzyka do tańca potrafi porwać. Co tu dużo mówić. Przyjemny, popowy koncert.

Chwilę później znalazłem się już w Blue Note, gdzie na scenie stanęli chłopaki ze Straight Jack Cat. Szkoda było patrzeć jak grają dla 30 – 40 osób. Przyzwoity – w moim odczuciu – rock zasługuje na nieco szersze audytorium. Co prawda wokalista wyglądał, jakby zapomniał, że Cobain strzelił sobie w twarz już jakiś czas temu, ale fajnie było patrzeć jak szaleje w swojej flanelowo – grunge’owej koszuli. Rock na pewno nie umarł, ale mocno zmienił swoje oblicze (i stylizację). Straight Jack Cat może być tej zmiany ofiarą. Zespół polecić mogę, ale kariery im nie wróżę. Fajnie by było, gdybym się mylił.

Powrót do Zamku, bo już czekała Mary Komasa. Podobno miała być cudowna. A była… no kurde, nudna! Znacznej części publiczności bardzo się to jej granie i śpiewanie podobało – może rzeczywiście inni słyszą więcej niż ja. Do dziś nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Mary Komasa jest taka „magiczna”? Niech mi ktoś podpowie, proszę!

Piątek rozpoczął się fajnym popem, a skończył fajnym hip – hopem (muzyczni znawcy hip – hopu mnie pewnie zabiją), funky i ogólnym Yo! Yo! Yo! Panowie i panie z Ten Typ Mes + Live Band dobrze wiedzieli jak rozbujać publiczność. Oni też podobno są już znani w branży. Nieco szydząc z branżowej imprezy, chwalili się, że dzień wcześniej grali na gali Fryderyków, a podobno to oznacza uznanie. Ja słyszałem ich po raz pierwszy. Cudowna zabawa. Poskakać można, a jeśli zna się tekst – pośpiewać także. Rozrywka przednia. Tyle w temacie.

Dzień trzeci. Dziedziniec Różany CK Zamek i Blue Note: Years & Years, Pola Rise, Mela Koteluk, Jazzpospolita

Przyszedł czas na największe gwiazdy SBF, czyli Years & Years. Zagrali na Dziedzińcu Różanym. Po koncercie – konsternacja, bo zupełnie nie wiedziałem co myśleć. Ale po kilku dniach doszedłem do prostego wniosku – jakież to szczęście, że dzieląc wydaną na karnet kwotę przez liczbę koncertów na które trafiłem, bilet na tę gwiazdę kosztował mnie całe 7,90zł. Nie przez przypadek wspomniałem o Openerze. Ta kapela jest dla mnie uosobieniem najgorszej „openerowej” muzyki. Dziewczęta piszczą, a chłopczyk śpiewa: „Oooh-oh-oh-oh Oh-oh, Oooh-oh-oh-oh Oh-oh. I must be tough, I must behave, I must keep fighting”. I śpiewa głosikiem, przez który chce się go przytulić i powiedzieć „nie płacz chłopczyku, mamusia poszła tylko do sklepu i zaraz wróci”. A, że ostatnio ta gwiazda wydała jakąś tam płytę i na Wyspach podobno za nimi szaleją, w lipcu Years & Years oczywiście zagra na Openerze.

O grającej w Blue Note Poli Rise nie chcę wspominać, bo niewiele więcej powiem niż o Mary Komasa. No może poza tym, że Bjork grała tak i śpiewała z 10 lat temu.

Mela Koteluk mnie nie porwała. Ładnie śpiewa i przeładnie wygląda. Uczciwie powiem, że na jej koncert poszedłem tylko dlatego, że nie wydałbym na niego 40 czy 50zł. Jej pierwsza płyta była OK, druga jest już mocno wtórna. I niech sobie mówią co chcą recenzenci, ja się męczyłem przesłuchując już trzeci utwór. A jej poznański koncert? Był przyzwoity, bo zagrany bez ciśnienia, ale też bez polotu. I wpasował się w wiosenny klimat Różanego.

Na zakończenie znów zejście do piwnicy, czyli Jazzpospolita w Blue Note. Nazwę znałem, ale utworów ni w ząb (nadrobię! Obiecuję!). Jedynym odnośnikiem ich twórczości na polskim rynku jest dla mnie to co prezentuje Pink Freud.  Jazzpospolita gra spokojniej, ale od rockowych akcentów nie ucieka. Małym problemem z tego rodzaju muzyką jest fakt, że płyty – choćby nie wiem jak dobrze wyprodukowane – nie oddadzą jej energii. Jeden, drugi, trzeci utwór… i się zaczęło! Na płytach (nawet winylowych) tego nie poczujecie – piszę to po raz kolejny i będę to powtarzał tak często jak tylko się da. Takie rzeczy tylko live! I tylko szlag mnie trafił w połowie, bo musiałem na zegarek zerkać i zbierać się na PKP. Na koncert Jazzpospolita będę na pewno polował. Wam też radzę. Może się spotkamy.

Tu powinno znaleźć się podsumowanie. OK. Spring Break Festival jest fajny. Amen.

A! I na koncertach nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. Ale że zdjęcie „musi być”, więc tak oto wygląda festiwalowa opaska.

A jak już o Pink Freud… 28 maja panowie zagrali w CK Zamek. Gdy weszliśmy do Sali Wielkiej… przerażenie! Gdzie publiczność?! Frekwencja na pewno nie powaliła, ale muzyka – jak zwykle – TAK!

Ahoy! Sz.

Comments