Manifest pokoleniowy (nie)potrzebny od zaraz

o książce „Piromani”, nowotomyślanki Emilii Teofili Nowak

377131-352x500

Mimowolnie i podświadomie tworzę etykietki i porównania. Ułatwiają mi życie, pozwalając przyszpilić nieznaną mozaikę znaczeń, do starej kanwy definicji i otrzymać w ten sposób zrozumiały wzór rzeczywistości… Dowiaduję się, że młoda pisarka pochodząca z Nowego Tomyśla napisała powieść “by zwrócić uwagę społeczeństwa na problem depresji wśród młodzieży” i już kręcą się moje tryby – kto pisał o czymś podobnym? Ciekawe czy to będzie Czerski czy Żulczyk w spódnicy? Albo, nie daj Boże, Gołębiewski (nazywany – he he – polskim Bukowskim). To pewnie będzie jakiś pokoleniowy manifest, wydumany i na dodatek (kiepsko) napisany, z tą podskórną histerią: Ja! Ja! Patrz ma mnie! Tonę w tym okrutnym, złym świecie! Faktycznie nie mają problemów, w dupie się przewraca studencikom… Żartowałam. Tak naprawdę myślę, że książka może być niezła i idę posłuchać “naszej” pisarki…

Taka sytuacja…

Jakieś takie głupie te ksywy, wydumane – myślę sobie, słuchając fragmentu książki prezentowanego przez samą autorkę, Emilię Teofilę Nowak.

fot. fabryka-dygresji.blogspot.com
fot. fabryka-dygresji.blogspot.com

Odbywa się to w bibliotece publicznej w Nowym Tomyślu – rodzinnym mieście studentki polonistyki, która czyta fragment swojej powieści “Piromani”. Siedząc w grupie tzw. “bywalców bibliotecznych spotkań” myślę również, że ma ona wiele odwagi, by na drugie swoje spotkanie autorskie przyjechać do rodzinnego miasteczka. To przecież trochę tak, jakby od stóp do głów wytatuować sobie nazwiska swoich krewnych i koneksji z nimi łączących albo wystąpić w przedszkolnych białych podkolanówkach, z czerwonym lizakiem w ręku… Mniejsza…

Zmierzam do tego, że też posiadam ten powszechny defekt umysłu, każący myśleć, że “niemożnabyćprorokiemwewłasnymkraju”, bo gdy później czytam książkę dziewczyny, którą pamiętam z odwiedzin w bibliotecznym Oddziale dla Dzieci (dziś nazwanym Strefą Koloru), cały czas z tyłu głowy pojawiają mi się myśli typu: no, no nieźle, jak na dwudziestolatkę albo zaraz, zaraz, czy ona tu nie naśladuje jednak Żulczyka? i ho, ho niezły talent, jak na Nowy Tomyśl… Staram się odpędzić te podszepty, ale jak widać, pisanie tej recenzji, w skali od “bardzo łatwe” do “bardzo trudne”, będzie… cholernie trudne.

Pokaż mi…, a powiem ci kim jesteś

Po pierwsze – ksywy okazały się jednak spoko. Szoszana, Nieboski, Piernik, Kirył, Jurka, Chudy i wreszcie Lidia –  główna bohaterka książki, to studenci poznańskiego uniwerku i mieszkańcy Babla, czyli akademika, w którym toczy się zasadnicza część akcji. W akcji tej, choć tak naprawdę przedstawiającej głównie zwykłe życie studenckie (inna sprawa, że te dwa określenia wykluczają się już z definicji), nie brakuje sensacyjnych wydarzeń, osobistych, ale rozgrywających się na forum akademikowego korytarza tragedii, miłosnych uniesień i zawodów, a w końcu międzynarodowej polityki w tle ( I wszyscyśmy na początku marca zawyli żałośnie nad siostrą Ukrainą. My Polacy, pozornie oswobodzeni z sowieckich kajdan nikczemności i wyzysku, wciąż drżeliśmy przed szatanem, który jawił się nam w postaci rozepchanego botoksem Putina).

Życie codzienne w Bablu to spotkania, rozmowy, bycie razem i unikanie się, wędrówki z pokoju do pokoju, z pokoju do łazienki, z pokoju do pokoju nauki, z pokoju do kuchni, a wreszcie na okupowany przez grupę znajomych korytarz, gdzie “na papierosie” rozgrywają się mniejsze i większe dramaty. Na tym etapie, gdy życie jest tylko zakreślonym za pomocą ołówka, projektem, tytułowi “piromani” są zagubieni i skłonni raczej do działań autodestrukcyjnych niż do starań o to, by przekonać się, co jest tym “naprawdę”, które można już zapisać długopisem. Jak się można domyślać, w tym momencie ich “naprawdę”, to poszukiwanie. Poszukiwanie papierosów, fety, alkoholu, czegoś na kolację, ubrania, w które można wcisnąć tyłek, siły do nauki, towarzystwa, kogoś, kto da w mordę twojemu agresorowi, a po imprezie dostarczy cię do właściwego łóżka, ale najbardziej sensu i tożsamości – swojego “ja”, tożsamości intelektualnej, seksualnej, poszukiwanie akceptacji, przyjaźni, wsparcia, w końcu miłości (Powiedz mi, co kochasz w tej całej Kasi? Kocha się za nic – odpowiedział natychmiast Piernik, z całym przekonaniem i całym idiotyzmem, na jaki go było stać). Nic nowego. Odwieczne dylematy, pragnienia, potrzeby. No, może nie każdy tyle przeklina, powiedziałby mój znajomy student politechniki, który sceptycznie podszedł do książki Emilii Teofili Nowak, jako opisu życia ludzi w wieku akademickim… Owszem są tu bluzgi, ale jakie twórcze!  – Przestań być, kurwa, hipokrytką, bo na widok ludzi takich jak ty mam zazwyczaj ochotę zarzygać cały wszechświat, żebyście w tym bełcie utonęli… – to jeden z moich ulubionych.

Może nie każdy, jak główna bohaterka Lidia, przeżywa traumę z dzieciństwa po utracie przyjaciela, żegna najbliższą przyjaciółkę “od zawsze”, wylatującą “tylko” na rok do Japonii, nie każdy walczy ze sobą, próbując napisać powieść, zamówioną przez wydawnictwo “na wczoraj” i zamiast pisać popada w depresję albo z pomocą ukraińskich studentów ratuje przyjaciela od śmierci przez pobicie, a w końcu “nadziewa” się amfetaminą i ląduje w… no, tam gdzie ląduje… Nie każdy, na koncercie w ulubionej studenckiej knajpie, spotyka człowieka – widmo z przeszłości, nie każdy tkwi w rozkroku pomiędzy miłością do matki i jej niezrozumieniem, między niezdanymi egzaminami, a telefonami z wydawnictwa i walącym się związkiem. Nie każdy, wreszcie, gada godzinami do swojego wymyślonego przyjaciela.

W sprawach zaspokajania wspomnianych, fundamentalnych potrzeb ludzkich, mówimy jednak tym samym językiem, co bohaterowie książki Nowak (Trudno odnaleźć się w świecie, w którym ideały tak łatwo sięgają bruku z powodu braku pieniędzy, balastu oczekiwań oraz własnych niedoskonałości). Bohaterki zaś, tęskniąc za tym “właściwym”, wypowiadają zdania, których nie powstydziła by się sama Scarlett O’Hara: Zaczęłam palić, a Szosz mówić. O facetach. O ich braku, ich śmieszności i niezbywalnym fakcie, że z nimi źle, a bez nich gorzej. No i wreszcie: gdzie podziali się prawdziwi mężczyźni? Ci, co problem załatwiają albo logiką, albo pięścią? Tacy, którzy mówią do swojej kobiety czule, ale potrafią być bezczelnymi draniami, żeby przyprzeć ją do ściany, kiedy ona miota się między “nie wiem” a “trudno powiedzieć” ?

Widmo “czytadła”

Zgodnie z obietnicą autorki, daną na wspomnianym spotkaniu, a także na jej kulturalnym blogu: http://fabryka-dygresji.blogspot.com/ – książka okazała się przede wszystkim dobrym czytadłem – z całym pozytywnym wydźwiękiem tego słowa. Mogą w niej odnaleźć coś dla siebie nie tylko ci czytelnicy, którzy studiują obecnie albo jak ja, życie w akademiku mają ciągle w żywej pamięci. Książka nie dla wszystkich (jeśli coś jest dla wszystkich, to dla nikogo), ale dla wielu.

blog fabryka- dygresji
blog fabryka- dygresji

Losy bohaterki opisane są atrakcyjnym, nie pozbawionym dowcipu, choć sowicie okraszonym bluzgami, błyskotliwym, ale nie przekombinowanym językiem. Ona zaś, podobnie jak inne postaci, stworzona z psychologiczną trafnością. Główni aktorzy, rozgrywającego się na powieściowej scenie komedio – dramatu, są mocno współcześni i współcześnie skrojeni. Uszyci z krwi i kości, zrośnięci swoją fizycznością ze wspominanymi (już chyba obsesyjnie) pseudonimami, które na szczęście (!) nie są dobrane zgodnie z zasadą “nazwisk znaczących”. Prawdziwi, spójni w swojej zmienności, niewydumani, realni, ale ciągle literaccy. Można ich nie lubić, nie rozumieć ich poczynań, języka, dziwnych wyborów, ale na pewno magnetyzują swoją wyrazistością. (Katarzyna, moja była współlokatorka, psychopatka, caryca stali nierdzewnej, kochanka przemocy wszelakiej, matka założycielka zespołu mojej bezsenności […] No siemanko – powiedziałam, słabnąc na widok jej dupy rozmiarów Galaktyki Andromedy…) Prędzej wzbudzą niechęć niż obojętność. Może dlatego, że sama autorka patrzy na nich z ciepłem i wyrozumiałością. Bywało, że wbrew mojej woli zdobywali moją sympatię, czyniąc mnie swoim sojusznikiem w walce ze światem i samymi sobą.

Czytelnicy – mieszkańcy i byli mieszkańcy DS-ów, w opisie Babla znajdą owoc uważnej obserwacji i trafnych spostrzeżeń Emilii Teofili. Kogo ominęło mieszkanie w akademiku, łatwo go sobie wyobrazi dzięki plastycznym opisom. Autorka „Piromanów” wie również, jak przykuć uwagę odbiorcy opowiadaną historią. Zaintrygowała mnie pełnymi niedopowiedzeń wzmiankami o, mającym miejsce w dzieciństwie, wypadku przyjaciela Lidii, głównym wątkiem zmagań bohaterki z materią tworzonej powieści i miłością, losem Czesława, ciążącym w dół od momentu odkrycia przez niego własnych homoseksualnych skłonności.

Pisarka posiadła też ważną umiejętność odkrywania swoich kart stopniowo. Gładko przechodziłam przez opisy codziennego życia, pozornie błahych czynności, rozmów, dramatów i dramacików, od początku lektury czując wiszącą nad Lidią, swoistą katastrofę. Katastrofę, która da jej szansę, by wyszła z niej mądrzejsza, silniejsza albo pogrąży ją do reszty. Czy tak właśnie się stało? Nie będę zdradzać zakończenia przyszłym czytelnikom… Powiem tylko, że powieść wielokrotnie zaskakuje, także swoim finałem.

Konstrukcji książki dobrze robią w miarę krótkie rozdziały, rozpoczynane mottem oraz zmiana narracji, np. w momentach cytowania listów do Lidii, pisanych przez jej przyjaciółki. Dobrze komponują się z całością także fragmenty snów, wycieczek w przeszłość, gry wyobraźni.

Sięgając po powieść debiutancką obawiałam się niekonsekwencji fabularnych, niewiarygodności psychologicznej postaci, niezręczności językowych, a przede wszystkim nieudolności, epigoństwa i pozy. Mimo wyostrzonego “zmysłu krytycyzmu” niczego takiego w powieści Nowak nie znalazłam. Owszem, podczas redakcji książki korektorkom umknęło kilka karkołomnych sformułowań i dziwnie skonstruowanych zdań, a parę przejść między planami czasowymi odbyło się tak niepostrzeżenie, że zagubiłam się w lekturze, ale to właściwie jedyne z wachlarza “niewybaczalnych” potknięć, jakie zauważyłam w książce.

“Piromani” to wielowymiarowa, pełnokrwista powieść, która wciąga, przejmuje i bawi, z dobrą proporcją fantasmagorii, przerysowania i realizmu wywiedzionego z idei powieści, jako “lustra przechadzającego się po gościńcu”.

ps.Manifest pokoleniowy, raz!

Na szczęście, mimo, iż prezentowana jako powieść traktująca o depresji wśród studentów, książka Emilii Teofili Nowak porusza ten problem jakby mimochodem i nienachalnie. Obawiałam się swoistego manifestu pokoleniowego w stylu “Radia Armageddon” Żulczyka (taki manifest – niemanifest może się zdarzyć tylko raz!) czy drugiego “Pokolenia X” Couplanda. Tylko czy można wznieść na pokoleniowe sztandary problem tak osobisty i delikatny jak depresja? Może i można, ale ucieszyłam się, że autorka nie okazuje się twardogłową, domagającą się współczucia dla “psychicznie uszkodzonego” pokolenia, adwokatką snujących się bez celu po akademikach smutnych studentów. Może i liczba samobójstw, narkomanii, alkoholizmu wśród młodego pokolenia rośnie, ale badanie przyczyn tego stanu, jest raczej dobre na reportaż, a nie powieść obyczajową. Nie ma tu też krytyki skomercjalizowanego świata, buntu przeciwko sztucznie wykreowanej przez szklany ekran rzeczywistości, straszenia pułapkami Internetu. To ważne klucze do opisu współczesności, ale to już było. Za ważniejszy autorka uznaje opis indywidualnych światów swoich bohaterów. Jest tu wiara w sprawczość jednostki, w to, że zgodę ze światem poprzedzić musi zgoda z samym sobą i w to, że przed zagubieniem w takim świecie uratować nas może prawdziwa miłość (jakkolwiek rozumiana) i własny bezpieczny dom (nie mówię, że tego jeszcze nie było ;-)). Wydaje się też, że podskórne pragnienie uzyskania tych filarów mieszczańskiego życia (wybacz Emilio, może to tylko ja tak widzę) jest tym, co trzyma bohaterów w ramach namacalnej realności. I to jest coś, co mi się podoba, bo chociaż – jako czytelnik – uwielbiam Żulczykowy nihilizm i czarną dziurę, w jaką wpada Xenna Gołębiowskiego, bliżej mi jednak do bohaterów zagubionych, obciążonych traumami, ale uparcie walczących o własną tożsamość, godność i miejsce w czasoprzestrzeni.

Emilia Teofila Nowak. Piromani, Poznań 2015, Sorus

Comments