Furia i szaleństwo

madmax4

Pragniesz, drogi widzu, dwóch godzin ostrej kinowej jazdy? Oto ona! Szalony Max powrócił, a wszyscy niby – szybcy i niby – wściekli, zwariowani taksówkarze i inni denni bohaterowie całych galaktyk mogą się przy nim co najwyżej pobawić resorakami.

Uczciwie przyznam, że nie lubię filmowych „rozwałek”. Mam wrażenie, że większość producentów wypuszczających na rynek (przepraszam – do kin) swoje towary, tylko przez nich samych nazywane „dziełami”, wychodzi z założenia: „Mamy ekstra procesory w naszych nowych komputerach, mamy green-box, mamy 3D i przyzwoitych aktorów, którzy wcielą się w role kolejnych – coraz mniej znanych szerokiej widowni – (super)bohaterów, więc dopiszemy do tego coś, co w sumie tylko udaje scenariusz i mamy hit”. Patrz nowy… „Ant – Man”. Człowiek – mrówka?! Serio?! Jesteśmy aż tak głupi, żeby iść na to do kina i wydać pieniądze nie tylko na bilet, ale też na, kosztujący 20 zł, zestaw popcorn plus cola 0,7? Widać tak. Bo niestety zagranie sprawdza się zapewne w 9 na 10 przypadków. Kasa się zgadza i karuzela kręci się. Zdarzają się też chlubne wyjątki, dopieszczone pod wieloma względami, które niestety bardzo często wpadają w inną pułapkę – starają się wydobyć „głębię” z komiksowych bohaterów.

Czytaj dalej

Drugi rok aNTeny – Nowotomyskiej Sceny Muzycznej

968813_258078304330944_1663247804_nJuż niedługo szykuje się pewna rocznica. Otóż, aNTena, czyli Nowotomyska Scena Muzyczna wystartowała dokładnie 28 czerwca 2013 roku. Pierwszym wydarzeniem w historii tego przedsięwzięcia był koncert znakomitego blues rockowego zespołu 5 Rano. Troszkę przekornie i przewrotnie przygotowałem listę moich ulubionych koncertów z okresu tych dwóch lat.

TOP 5 najlepszych koncertów zorganizowanych przez aNTenę*

Czytaj dalej

Drugie życie okładki – Sleeveface #001 – Gayga & Din.

gayga sleeveface1Od zawsze muzyka była dla mnie bardzo ważna. Jednak zawsze też to, w co opakowana była muzyka, było równie ważne. Pochodzę z epoki piractwa kasetowego, w której to za niewielkie pieniądze można było nabyć całą muzykę świata.

W sumie to niewiele się zmieniło od tamtej pory, bo dzisiaj również, praktycznie za darmo, dostępna jest cała muzyka świata, za sprawą Internetu i dostępnych w nim różnego rodzaju aplikacji. Wcześniej kasety były opakowane w nędzne repliki oryginalnych albumów, mimo to wąchałem wkładki kaset, oglądałem je z każdej strony i czytałem od deski do deski zawarte w nich informacje.

Drugim ważnym dla mnie nośnikiem była, oczywiście, płyta kompaktowa. Srebrny dysk miał piękną poligrafię. Płyta zazwyczaj posiadała wielostronicową książeczkę ze zdjęciami, tekstami utworów, informacjami o technicznej stronie nagrań zawartych na płycie. Chociaż z czasem i kompakt na tyle spowszedniał, że wydawcy ograniczyli się do zwykłej prostej reprodukcji okładek, minimalizując zawartość książeczki. Zapamiętałem ten trend głównie z naklejek na pudełkach, których napisy brzmiały mniej więcej tak: zagraniczna płyta, polska cena. Do dzisiaj omijam szerokim łukiem te wydawnictwa i wam też radzę.

Czytaj dalej

Manifest pokoleniowy (nie)potrzebny od zaraz

o książce „Piromani”, nowotomyślanki Emilii Teofili Nowak

377131-352x500

Mimowolnie i podświadomie tworzę etykietki i porównania. Ułatwiają mi życie, pozwalając przyszpilić nieznaną mozaikę znaczeń, do starej kanwy definicji i otrzymać w ten sposób zrozumiały wzór rzeczywistości… Dowiaduję się, że młoda pisarka pochodząca z Nowego Tomyśla napisała powieść “by zwrócić uwagę społeczeństwa na problem depresji wśród młodzieży” i już kręcą się moje tryby – kto pisał o czymś podobnym? Ciekawe czy to będzie Czerski czy Żulczyk w spódnicy? Albo, nie daj Boże, Gołębiewski (nazywany – he he – polskim Bukowskim). To pewnie będzie jakiś pokoleniowy manifest, wydumany i na dodatek (kiepsko) napisany, z tą podskórną histerią: Ja! Ja! Patrz ma mnie! Tonę w tym okrutnym, złym świecie! Faktycznie nie mają problemów, w dupie się przewraca studencikom… Żartowałam. Tak naprawdę myślę, że książka może być niezła i idę posłuchać “naszej” pisarki…

Taka sytuacja…

Jakieś takie głupie te ksywy, wydumane – myślę sobie, słuchając fragmentu książki prezentowanego przez samą autorkę, Emilię Teofilę Nowak.

Czytaj dalej

Wiosenna przerwa uszami dyletanta

20150603_194148Wielkimi krokami zbliża się muzyczne lato. Pełne festiwali. Małych, dużych i przeogromnych. Ale, że kalendarzowo i astronomicznie nadal tkwimy w wiośnie, proponuję kilka słów o festiwalu z wiosną w nazwie.

Na początku się „usprawiedliwię”. Albo „przedstawię”? Jak kto woli. Żaden ze mnie znawca muzyki. Mam kilka ulubionych zespołów, których płyt lub utworów słucham w zależności od nastroju. Zdecydowana większość to przelotne muzyczne znajomości i fascynacje. Ciężko mnie przekonać do nowości. Do tzw. muzyki trudnej – jeszcze trudniej. Ale najtrudniej do współczesnych muzycznych trendów. Byłem na Openerze. Raz. I raczej nie mam ochoty tam wracać. Więcej tam poprzebieranych w piękne sukienki panien i równie modnych chłopców, niż rzeczywistych miłośników muzyki. A przepraszam! „słuchacze Trojki” tam przecież jeżdżą, a na świętości ręki się nie podnosi. Generalizuję i pewnie narażę się tą opinią przynajmniej kilkunastu osobom. Mimo wszystko chcę więc pozostać choć nieco uczciwy – Opener to jednak już marka. Gdyby nie ten festiwal, wiele z występujących tam zespołów grałoby w całej Europie tylko nie w naszym kraju. Bez Openera nie byłoby kolejnych tego rodzaju dużych imprez. Nie byłoby też tej poznańskiej – Spring Break Festival – która wyrasta na bardzo ciekawą propozycję na wiosenno – letniej muzycznej mapie Polski. Bo na mapie Wielkopolski taką pozycją już jest. W kwietniu 2015 odbyła się jej druga edycja.

Czytaj dalej

Z perspektywy dwóch kółek: Gadu Gadu i na zlot

unnamedRaczej nie jestem gadułą, czasem tylko, jak trafię na temat lub jestem pod wrażeniem niedawnego wydarzenia, to powiem parę zdań, no chyba, że dalsza rozmowna doda mi tematów i chęci do autoekspozycji. W związku z tym, na co dzień, nie brakuje mi zbytnio rozmów z ludźmi. Jednak okazuje się że podświadomie takiego kontaktu potrzebuję. Do takiego wniosku doszedłem jadąc na rowerze, sam, daleko, nawet bardzo daleko…  

Jadąc samotnie nad morze, po jakichś ponad stu kilometrach stwierdziłem, że jest mi dziwnie za cicho, że nie wystarczają mi szumy przejeżdżających samochodów czy poszczekiwania goniących mnie psów, rasy bardzo wielokrotnie mieszanej. Włożyłem więc w uszy słuchawki empetrójki, czego raczej nie robię ze względu bezpieczeństwa, dla niewtajemniczonych –  po to, żeby słyszeć nadjeżdżającego z tyłu ukraińskiego TIR-a.  Wracając do tematu, wkładam słuchawki, wciskam guziczek z trójkącikiem i jest lepiej, znajomy głos, znana muzyka, uczucie znane, ale teraz bliższe sercu i bardziej docenione. Jedziemy więc teraz zespołowo i jest miło. Po jakimś czasie trzeba wejść do sklepu, nieważne po co – po napój, batonika czy też krem przeciwsłoneczny, żeby papugi nie spaliło.

Czytaj dalej