Z cyklu „Płytoteka Ponurego Człeka” – Depeche Mode – „Songs Of Faith And Devotion”

SongsofFaithandDev_source_www.factmag.comNiniejszym tekstem rozpoczynam na blogowcy.pl cykl, który będzie się nazywał „Płytoteka Ponurego Człeka”. Będę tutaj opisywał i recenzował moje ukochane albumy płytowe, jak również te, których szczerze nienawidzę. Dziś, kiedy po raz pierwszy piszę dla was, pragnę wrócić do wyjątkowego dla mnie zespołu, czyli Depeche Mode.

Najbardziej rockowy zespół elektronicznego rocka i najbardziej elektroniczny zespół rockowy. Tak funkcjonuje w świadomości wielu ludzi (tych od muzyki). Nie da się ukryć, że większość płyt DM, mimo, iż zagrane na bezdusznych wydawałoby się klawiszach, syntezatorach czy innych elektronicznych ustrojstwach, mimo iż z definicji należeć powinny do sceny „elektrobitów”, to jednak jakiś pierwiastek rockowy stawia dokonania zespołu w pierwszej lidze światowego rocka. Kompozycje czterech kolesi, a potem ostatecznie trzech, mają w sobie taki potencjał rockowej werwy, że niektóre zespoły szczycące się swoją rockową proweniencją wyglądają przy nich jak rockowi przebierańcy.

Mówię oczywiście o twórczości zespołu, powiedzmy, od 1986 roku do dzisiaj. Przed tym rokiem zespół kształtował i docierał swój styl. Ale dzisiaj powiem o jednej z najważniejszych płyt w ich dorobku, płycie na pewno przełomowej, bo wprowadzającej zespół do kanonu rocka. Nie chcę tutaj raczyć was rysem historycznym dotyczącym mojego spotkania z Depeche Mode oraz samego zespołu, ale muszę tutaj wtrącić, iż DM jest pierwszą wielką miłością mojego muzycznego życia.

Szajba ma była ogromna i pewnie gdyby nie kilka przypadków okołomuzycznych, wasz ukochany autor tych płytowych relacji do dzisiaj chodziłby w oficjalnym mundurku fana DM, miałby na półkach wszystkie dostępne wydawnictwa zespołu, uczestniczyłby w różnego rodzaju zlotach fanowskich i zapewne tańczyłby jak Dave ze środkowego okresu działalności zespołu. Na szczęście mój fanatyzm został zastopowany przez okres burzy i naporu, przez werterowskie cierpienie i młodzieńcze ideały sierpnia.  Wróciłem do świata, co nie znaczy że jestem normalny, wręcz przeciwnie. No, dość już tego rysu historycznego… Wracamy do głównego beneficjenta splendoru dnia dzisiejszego, czyli do „Songs Of Faith And Devotion

Spójrzmy:

  1. I Feel You – 4:35
  2. Walking in My Shoes – 5:35
  3. Condemnation – 3:20
  4. Mercy in You – 4:17
  5. Judas – 5:14
  6. In Your Room – 6:26
  7. Get Right With Me – 3:32
  8. Rush – 4:37
  9. One Caress – 3:30
  10. Higher Love – 5:56

Dziesięć numerów. Dziesięć znakomitych dań. Każdy z nich to po latach praktycznie klasyk. Słuchać w całości. To płyta z czasów, gdy wykonawcy wydawali płyty do słuchania, a nie single z wypełniaczami, jak to dzisiaj ma często miejsce. W tym miejscu nasuwa mi się jeszcze jedna dygresja, niekoniecznie związana z tym krążkiem.

Otóż sama muzyka zespołu wcale nie jest łatwa i prosta. Szczególnie rzeczy wydane po 1994 roku sprawiają wrażenie, jakby zespół nie chciał już schlebiać mało wybrednym gustom. Zaczął wtedy tworzyć trudne w obiorze konstrukcje muzyczne, wymagające od słuchacza poświęcenia im sporej ilości uwagi i czasu. Po pierwszym przesłuchaniu takich płyt, jak „Playing The Angel„, „Songs of The Universe” czy tez po części wcześniejszej „Exciter„, wydaje się, że są one nieprzebojowe w rozumieniu przeciętnego zjadacza muzyki. Czyli, na pierwszy rzut ucha brak wyraźnych melodii, rytmu czy czegoś co sprawia, że utwory wpadają w ucho. Wydaje mi się, iż wynika to nie z braku inwencji twórczej lub też zaniku umiejętności tworzenia mega przebojów. (Takie utwory, jak „Enjoy the Silence„, katowane przez media uczyniły – moim zdaniem – raczej więcej szkody zespołowi i jego wizerunkowi niż pożytku. Wszyscy oczekiwali że będą już zawsze grać tak przyjemnie, do tańca….) To raczej wejście zespołu na inny poziom. Poziom, na którym faktycznie chcą grać muzykę jaką chcą, nie musząc nic nikomu udowadniać. Strasznie ciężko przekonywałem się do płyty „Playing the Angel”: z 2005 czy też 2007 roku, już nie pamiętam. Przyznam, że dopiero ostatnio zaczyna mnie pochłaniać ten krążek. A dwa pierwsze utwory na nim, to już dla mnie tak samo ważne rzeczy, jak cała „Songs Of Faith And Devotion”…

Ta płyta i inne zespołu Depeche Mode to w sumie już temat na kolejne osobne opowieści. To, że dzisiaj padło na ten krążek, nie oznacza wcale że jest on moim wybranym ulubieńcem. Każda płyta DM jest dla mnie czymś wyjątkowym  – od „Black Celebration„, „Music For The Masses„, „Violator„, do „Ultra” i „Excitera„. Jestem wyznawcą tych płyt…


1911616_483141621792356_312386827_n
fot. Adam Polański

Autor pisze również na blogu, który dotyczy tylko i wyłącznie polskiej muzyki. Zapraszamy na http://gdybywszystkieslowa.blogspot.com/ ! Poza pisaniem jest również aktywnym muzykiem, m.in. w zespole Dog in the Fog i Jack D. Society.

Comments