Film „Disco Polo” studium fenomenu czy „odjechana” wizja twórców?

fot. filmweb.pl
fot. filmweb.pl

Film „Disco polo”, mimo, że zgodnie z tytułem, nieprzystający do moich upodobań muzycznych, wzbudził moje zainteresowanie. Lubię filmy, które próbują przekazać coś więcej niż tylko prostą historyjkę i chcą, niejako, stanowić analizę zjawisk. Takie filmy mają szansę na pozostanie w trwałej pamięci widzów. Na dodatek, do prędkiego jego obejrzenia skłonił mnie fakt, że współautorem scenariusza i aktorem w tym filmie jest nasz ziomal, Mateusz Kościukiewicz.

Głęboko wierzyłem, że film spełni wyżej wymienione oczekiwania. Że dotykać będzie sedna sprawy, czyli polskiej duszy. Było to o tyle dla mnie ważne, że pomogłoby mi spędzić blisko dwie godziny z muzyką, której szczerze nie cierpię…

Z namaszczeniem udałem się więc do kina. Już pierwsza scena wznieciła mój niepokój, niczym Bohun kozacki bunt. Zdezorientowany, wodziłem oczami po ekranie, łudząc się, że to może jeszcze reklama przed filmem. O co biega? Jak to? Dziki Zachód? Cóż za przenośnia…

Mimo tego kiczowatego początku, postanowiłem dać szansę twórcom. Wytłumaczyłem sobie, że taki „począteczek” jest po to, by pośmiać się troszkę z disco polo. Że to niby taki polski „american dream”. Ok. No, ale film toczył się dalej, a ja byłem ciągle, delikatnie mówiąc, rozczarowany. Zamiast jakiejś próby studium fenomenu, którą na łamach m.in. miesięcznika „Kino” (03/2015) zdawał się zapowiadać sam reżyser Maciej Bochniak, nastąpił festiwal niekontrolowanej fantazji na temat tego zjawiska, które nazywane jest muzyką disco polo. W alternatywnym świecie. Zapewne ktoś powie, że to taki zabieg artystyczny. Pewnie, ale według mnie niestety nieudany…

Gra aktorów całkiem dobra. Nie mam zarzutów. Główne postaci grane przez Dawida Ogrodnika i Piotra Głowackiego były przekonujące. Chociaż w porównaniu do ich poprzednich filmów (np. „Ida”, „Bogowie”) nie byłem do końca zadowolony. Tomasz Kot bawił i śmieszył swymi tekstami, jak i prezencją. Być może miałem zbyt wygórowane oczekiwania, a może żaden z nich nie był w stanie nic więcej „wycisnąć” z tego scenariusza. Biorę także pod uwagę to, że moje postrzeganie tego filmu zabija już od początku sama jego konwencja.

Źródło: youtube AlverniaStudios

Główny plot wydaje się być zrozumiały, jednak wszystko to takie jakby od niechcenia. Forma, którą rzekomo miałby się bawić twórca filmu jest niejako nieczytelna. Wszystko to powoduje, że główna idea, czyli próba wejścia w świat disco polo aberruje w krainę fikcji i fantazji. Domyślam się, że taki był zamysł, ale, jak dla mnie, jest to troszkę tandetna próba kopiowania mistrzów kina typu Tarantino czy Rodriguez.

fot. filmweb.pl
fot. filmweb.pl

Bardzo cieszy mnie za to fakt, że Mateusz Kościukiewicz po raz kolejny pokazał, że jest nietuzinkową postacią pośród plejady nijakich aktorów młodego pokolenia. Strasznie go szanuję za to jaki jest. Że nie sprzedaje się komercyjnym projektom filmowym czy rozrywkowym (vide: pamiętny wywiad do „Filmu” po znacznym sukcesie filmu „Wszystko co kocham”). Teraz rozszerzył swój talent na pole pisania scenariuszy. Mam jednak nadzieję, że doczekam się większych jego dokonań w tej dziedzinie.

Podsumowując, muszę jeszcze raz wyrazić swoje niezadowolenie czy raczej brak satysfakcji z powodu nieukazania tak istotnej rzeczy w fenomenie disco polo, jak istota duszy jego słuchacza i twórcy. To, co jest istotne w disco polo, czyli trzy śliczne akordy, wspaniały tekst o miłości i „ściśnięte górki” śpiewających jako emanacja „polskiej duszy”, zostało skierowane na któryś, dalszy plan albo wcale się nie pojawiło. Moim zdaniem, nie tędy droga. Mimo wielu krytycznych uwag, które zresztą dotyczą idei, film zrealizowany jest z rozmachem i może się podobać. Moja ocena to: 5/10.

Comments