Indiański rock’n’roll na aNTenie


IMG_9131Nowotomyskie, gościnne progi sceny muzycznej „Antena” odwiedził kolejny znany rock’n’rollowy zespół. Zespół grający indiański rock’n’roll, rodem z zadymionego Śląska. Złośliwi jednak twierdzą, że muzycy odcinają kupony po zmarłym przed dwudziestoma laty wokaliście zespołu Dżem – Ryśku Riedlu. Wszak jego syn Sebastian to lider tego zespołu. Fani zespołu zaznaczają co prawda, że zespół Cree wywodzi swoje korzenie z „ryśkowego” stylu Dżemu, jednak wyrobił swój unikalny styl. Jak jest naprawdę? O tym można było się przekonać 17 kwietnia 2015 roku w Pubie Sekfana.

Pierwszy raz na koncercie Cree byłem jakieś kilka dobrych lat temu. Było to w nieistniejącym już poznańskim klubie „Lizard King”. Byłem wówczas pod wielkim wrażeniem, nie tyle wokalu młodego Riedla, co jego fantastycznej gry na gitarze. Grał z takim feelingiem, idealnym dla białego blues rocka. Reszta zespołu niemalże celowo nie wychylała się przed niekwestionowaną pozycję swojego lidera.

2015-04-17 17.13.10Zespół ma bardzo profesjonalne podejście do biznesu, w którym działa. Bardzo dobry akustyk, który znakomicie „czuje” życzenia i potrzeby akustyczne członków zespołu. Moją nieskrywaną fascynację wzbudził bus „firmowy” opatrzony w wizerunkiem starego indianina, który dumnie spogląda ze ścian tylnych drzwi. Po koncercie bez problemów można było nabyć płytę, co nie zawsze jest standardem.

O dużym zainteresowaniu koncertem w nowotomyskiej Sekfanie mogły świadczyć nie tylko liczne zapytania o bilety, ale także to, że już na godzinę przed koncertem lokal był prawie cały wypełniony. Cieszy to podwójnie, gdyż po to aNTena organizuje koncerty, aby wzbudzały one zainteresowanie okolicznej rock’n’rollowej braci.

Moje drugie zetknięcie się z Cree i Sebastianem Riedlem nie było już tak inspirujące, jak to pierwsze opisane nieco wyżej. Kompozycje czy to nowe, czy stare wydają mi się obliczone. Ba, wydają się wręcz oklepane. Najsłabszym ogniwem łańcucha muzycznego, który nazywa się Cree jest warstwa tekstowa. Zapewne dla „wyznawców” Dżemu i Riedla nie będzie to jakoś przekonujący argument. W końcu przywykli do średnich tekstów, które w zasadzie nie opowiadają o niczym. Irytujące były dla mnie także kalki „dżemowe”. Dla przykładu podam refren z jednego z utworów zespołu młodego Riedla, który brzmiał. „Rock”n”roll to jest to kocham go”. Zakrawa to już na jakąś groteskę.

IMG_9136Dziś barwa wokalu Sebastiana, tak bliska „oryginałowi” bardziej mnie śmieszy niż fascynuje. Słyszę teraz nie tylko charyzmatyczny wokal, ale także mdłą artykulację, która nie do końca pozwala mi zrozumieć wyśpiewywane poszczególne słowa.

Zdecydowanym plusem zespołu to jest energia bijąca od nich na scenie. Przekonuje ona słuchacza o dużym zaangażowaniu muzyków. To ważne, gdyż często można zauważyć zblazowanych „artystów”, którzy z lekceważeniem traktują prowincjonalne miasta, takie jak nasze. Mój ulubiony przykład to Zbigniew Wodecki oszczędzający się na koncercie w NT z powodu występu w dniu następnym na festiwalu w Sopocie czy Opolu. Kogo to obchodzi, skoro się za to płaci…

Reasumując – koncert Cree, pomimo kilku zasadniczych zastrzeżeń uważam za dobry. Jednak do poziomu, jaki prezentował Steve Wilkinson, który powiedzmy sobie szczerze na rynku amerykańskim jest tzw. „no-name’em”, brakuje mu jednak całkiem sporo. Mimo wszystko należy stwierdzić, że w Sekfanie pojawiają się dobre kapele, a Cree było jedną z nich.

Relacja filmowa z koncertu:

Fotorelacja z koncertu:

Autorem fotografii i wideo: Szymon Konieczny

Comments